„Pompeje” – przyjdzie wulkan i was zje

Kit Harrington lepiej radzi sobie na Murze niż w Pompejach
Kit Harrington lepiej radzi sobie na Murze niż w Pompejach

 „Pompeje” to solidny kandydat do dziesiątki najgorszych filmów tego roku. Paul W.S. Anderson powinien wreszcie zakończyć reżyserską karierę. Niestety, prawdopodobnie znów zarobi wystarczająco dużo kasy, by zrealizować kolejne części „Resident Evil”.

To nie są puste groźby: szósta część „Residenta” trafi na ekrany pewnie w przyszłym roku, zaś w jednym z wywiadów Anderson wspominał o planowanej części siódmej oraz – uwaga, uwaga – o możliwym reboocie całej serii. Jakby komuś było jeszcze mało. Co gorsza, w przerwach między kolejnymi ekranizacjami popularnego survival horroru, brytyjski reżyser zatrudnia świetnych aktorów i każe im grać w niemiłosiernych gniotach. Przypomnę, że w jego niewydarzonych „Trzech muszkieterach” zagrali m.in. Christoph Waltz i Mads Mikkelsen. W „Pompejach” podobnej klasy aktorów nie ma, ale Kiefer Sutherland i Jared Harris mają wystarczająco dużo talentu, by zrobiło mi się ich żal. Nie żal mi za to Kita Harringtona i Emily Browning – oboje grać potrafią, o ile tylko znajdą się pod opieką utalentowanego reżysera. Paul Anderson nie potrafi z nich wykrzesać ani talentu, ani charyzmy, ani nawet uroku. Harrington obnosi wypracowany sześciopak i wygląda jak model z katalogu bielizny. Browning nie obnosi niczego.

Fabuła „Pompei” nie wymaga dłuższego zastanowienia: nieokrzesany gladiator zwany Celtem (pewnie dlatego, że jest Celtem) trafia do leżącego u stóp Wezuwiusza miasta, wpada w oko Cassii, córce bogatego kupca. Niestety zamiast nawiązać romantyczną relację musi – jak na gladiatora przystało – występować na arenie i ku uciesze gawiedzi mordować innych mięśniaków. Na powabną córeczkę ma ochotę również zły do szpiku kości senator Corvus, który grozi śmiercią całej rodzinie, jeśli Cassia za niego nie wyjdzie. Na nic mu to wszystko, oczywiście, bo do gry wchodzi Wezuwiusz i wiadomo już, jak to się skończy. A nawet jeśli ktoś ma aż takie braki edukacyjne, że nie wie, jak się skończy, to może domyślić się z przebiegu fabuły. „Pompeje” to bowiem zlepek najbardziej wyświechtanych schematów i przetartych klisz. To powtórka z rozrywki wręcz żenująca: jakby twórcy filmu kompletnie nie wierzyli w inteligencję publiczności, która ma prawo pamiętać „Gladiatora” i „Armageddon”. Tak bowiem egzotycznym połączeniem tematów są „Pompeje”. Tyle że Anderson nie ma inteligencji Ridleya Scotta ani przynajmniej narracyjnego talentu Michaela Baya.

"Armageddon" AD 79. W roli asteroidy - Wezuwiusz
„Armageddon” AD 79. W roli asteroidy – Wezuwiusz

Być może jednak docelowa widownia „Pompei” obu hitów nie widziała: od premiery „Armageddonu” minęło przecież 16 lat, niewiele mniej od czasu oscarowego triumfu „Gladiatora”. Dwudziestoparoletni widzowie zainteresowani kinem na poziomie, powiedzmy, popcornowym mogli co najwyżej trafić na telewizyjne powtórki obu filmów.

Sporym osiągnięciem jest realizacja filmu, w którym niemal ani jedna scena nie jest oryginalna. Prawie każdy dialog, każdy zwrot akcji, każda postać sprawiają wrażenie, jakby została wyciągnięta z podręcznika dla scenarzystów. Podręcznika, dodajmy, niezbyt dobrego. Czarny charakter musi być czarniejszy niż chmura wulkanicznego popiołu, miłość – bezwarunkowa, przyjaźń – po wsze czasy (na wszelki wypadek należy podkreślać ją dialogami w stylu: „Dobrze cię widzieć, bracie”). Nie wymagam wierności historycznym faktom i realiom, a jedynie sprawnie poprowadzonej opowieści. Ale reżyserska indolencja Andersona nie pozwala wycisnąć z marnego scenariusza więcej. Co z tego, że Brytyjczyk potrafi inscenizować bitewne sekwencje (efekciarsko, bo efekciarsko, ale potrafi), skoro są one jedynie wątpliwymi ozdobnikami mizernej fabuły. Na nic również widowiskowa zagłada Pompei – nie takie rzeczy już w kinie oglądaliśmy. I przyznaję, że wolę trącące myszką efekty specjalne, powiedzmy, „Płonącego wieżowca”, niż wyczarowaną przez komputer lawę płynącą ulicami starożytnego miasta. W starych filmach katastroficznych byli przynajmniej jacyś bohaterowie, mieli uczucia, wątpliwości, dylematy. W „Pompejach” – ale zarzut dotyczy znakomitej większości podobnych produkcji (specjalne pozdrowienia dla Rolanda Emmericha) – są tylko kukły, filmowe crash test dummies poddawane wymyślnym próbom, ale kompletnie obojętne widzom.

I oczywiście zdaję sobie sprawę, że pewnie za dużo wymagam, to tylko rozrywka, itp. Ale jednocześnie nie mogę zapomnieć, że film o Pompejach miał nakręcić Roman Polański według powieści Roberta Harrisa – to mogło być i wielkie widowisko, i inteligentne, przejmujące kino jednocześnie. Nic z tego nie wyszło, z czego dziś się cieszę, bo dzięki temu powstał „Autor widmo”, a teraz Harris pisze dla Polańskiego scenariusz o sprawie Dreyfussa.

O wybuchu Wezuwiusza (z powieścią „Pompeje” Harrisa nie ma to, dodajmy, nic wspólnego) opowiedział więc Paul Anderson, dzięki czemu potwierdził pozycję jednego z najgorszych reżyserów współczesnego kina rozrywkowego. Jego debiutancki, nakręcony dwadzieścia lat temu w Anglii „Shopping” jeszcze jakoś się broni. Ale potem było tylko gorzej i gorzej. Jednak ostatnie osiągnięcia Andersona sprawiają, że nawet tak nieudane filmy jak „Ukryty wymiar” czy „Galaktyczny wojownik” nabierają szlachetnego blasku. Po takich gniotach jak „Resident Evil: Retrybucja”, „Trzej muszkieterowie” (ach, niezapomniana walka powietrznych statków), po seansie „Pompei” mógłbym Paulowi Andersonowi zaserwować uroczy cytat z filmu „Dom w głębi lasu” (tę celną kwestię wygłosił tam niezawodny jak zawsze Richard Jenkins).

Fuck you, fuck you, fuck you, fuck you, fuck you, fuck you!

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s