„Niezniszczalni 3”: Trochę jednak zniszczalni

exp3
Na ekranach „Niezniszczalni 3” i oczywiście jak każdy fan sensacyjnego kina z lat 80. czekałem na tę premierę niecierpliwie. I wiem, że nie powinienem narzekać, ale jednak się rozczarowałem. Nie ma mowy o jakiejś bolesnej porażce, ale formuła się szybko wyczerpuje.

Fabuły nie ma i być nie powinno. Chodzi wszak o dwugodzinną strzelaninę, nieustającą, napędzaną adrenaliną akcję. To że Niezniszczalni muszą stanąć do walki z dawnym sprzymierzeńcem, teraz zaciekłym wrogiem, to drobiazg. To, że Barney Ross – czyli Sly Stallone we własnej osobie – porzuca starą ekipę, a do wykonania zadania zatrudnia młodziaków (co rzecz jasna okaże się błędem), to mydlenie oczu. Scenariusz polega na demolce, chwilami przerywanej dla złapania oddechu, punktowanej klasycznymi one-linerami (najlepszy w całym filmie należy do Stallone’a oczywiście) i „męskim”, czyli niekoniecznie skomplikowanym, poczuciem humoru. W „Niezniszczalnych” nigdy nie chodziło o nic więcej niż hołd dla dawnego kina akcji i jego nieco zużytych, ale wciąż dla widzów atrakcyjnych gwiazd. Tak było w pierwszej części, w drugiej, tak jest i w trzeciej. Ale to, co w poprzednich odsłonach grało niemal perfekcyjnie, teraz zaczyna zgrzytać.

Owszem, jest w „Niezniszczalnych 3” parę niezłych pomysłów, kilka udanych dialogów, sprawdzili się również nowi w obsadzie weterani rozrywkowego kina: Mel Gibson (jako główny czarny charakter), Wesley Snipes, Antonio Banderas i Harrison Ford, który zastąpił Bruce’a Willisa w roli łącznika z CIA (i dał tym samym pretekst do garści celnych żartów). Ale sama akcja już przesadnie spektakularna nie jest, nie takie demolki widzieliśmy w kinie, wiele bardziej zapierających dech zafundowali nam przed laty gwiazdorzy „Niezniszczalnych”. Fatalnie spisują się także młodzi aktorzy (część z nich aktorami zresztą z zawodu nie jest), na ich obronę można powiedzieć jedynie tyle, że nie mają też nic ciekawego do zagrania. Są filmowym tłem, niewiele więcej niż obdarzonymi kaskaderskimi umiejętnościami statystami. No i na niekorzyść filmu działa też absurdalny pomysł, by „Niezniszczalni” – przynajmniej w Stanach Zjednoczonych – byli dozwoleni dla widzów od lat 13. Krwawą jatkę, jaką zafundowali nam twórcy poprzednich części, zastąpiła zwyczajna strzelanina i kopanina, coraz bardziej niewiarygodna, coraz nudniejsza, coraz bardziej niepotrzebna. No i powiększające się z każdym odcinkiem szeregi gwiazd zaczynają gubić się w tłumie: Robert Davi powinien być wyrazistym czarnym charakterem, tu na ekranie dostał jednak tylko kilkanaście sekund.

Ale oczywiście część czwarta nastąpi, na Twitterze swój udział potwierdził Hulk Hogan – choć trudno powiedzieć, czy żartował, czy nie – i oczywiście na nią też będę czekał, mniej lub bardziej ekscytując się plotkami na temat obsady (Zgodzi się Pierce Brosnan? Przypomną sobie o Michaelu Dudikoffie? A Steven Seagal, za poparcie udzielone sowieckim planom Putina, to niech – pardon my French – spierdala.) Jednak coraz trudniej uniknąć wrażenia, że nawet campowy urok gwiazd pokroju Stallone’a i Schwarzeneggera powoli blaknie. Wyczuli to polscy dystrybutorzy: spośród najnowszych produkcji z udziałem Slya, Arniego czy Jasona Stathama na ekrany kin wchodzą wyłącznie „Niezniszczalni”. Pozostałe tytuły, niektóre przecież nie tak złe, jak „Plan ucieczki”, trafiają od razu na rynek DVD. Ale przynajmniej dzięki temu historia zatoczyła koło – wszak w latach 80. kolejne części „Rambo” i „Rocky’ego”, rozmaitych „Uciekinierów”, „Predatorów” i „Commandów” oglądaliśmy z kaset VHS. Od czasu do czasu można było zobaczyć na dużym ekranie jakiegoś „Elektronicznego mordercę”, ale Stallone, Schwarzenegger i cały zastęp drugoplanowych gwiazd kina akcji w polskiej kulturze należą jednak do domowego zacisza. Kiedyś to był jeden z licznych – i masowych – ersatzów Zachodu, dziś widocznie to pleasure tak bardzo guilty, że wciąż wolimy się z nią chować przed wzrokiem innych widzów.

Niezniszczalni 3
The Expendables 3 | USA, Francja 2014 | reżyseria: Patrick Hughes
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

4 thoughts

  1. Najzabawniejsze jest to, że Arnold pewnie gra w tych filmach z dokładnie tego samego powodu, dla którego John Cleese wrócił na scenę (nie tylko z MP, ale solo również)… 😀

  2. Znaczy, że niby potrzebował jeszcze więcej kasy? Szczerze mówiąc, to jednak Arnold radzi sobie lepiej – widziałem ten show Pythonów, w kinie co prawda, nie na żywo, i okropnie mnie zmęczył. Niezniszczalni męczą mnie mimo wszystko mniej 🙂

    1. Kosztowne rozwody, panie kolego, kosztowne rozwody… 🙂 Podobno to był główny powód dla którego Arnold wrócił na ekran, A Cleese z kolei jeździł po świecie w ramach Trasy Alimentacyjnej. Nie pamiętam, ile Arnolda kosztował skok w bok, ale Cleese’a żona chyba puściła lżejszego o jakieś 20mln GBP. Niby XXI wiek, a w dalszym ciągu głód potrafi pchnąć artystę do pracy…
      Swoją drogą, cały występ Monty Pythona w Londynie też był w gruncie rzeczy zorganizowany po to, aby chłopaki mogli pokryć koszta bardzo drogiej rozprawy sądowej o prawa autorskie. Idle mówił o tym w telewizji z miesiąc temu :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s