O plagiatach i dziennikarstwie

Garrett z gry "Thief" tylko trochę bez związku z tekstem.
Garrett z gry „Thief” tylko trochę bez związku z tekstem.

Tak mnie naszło, żeby parę słów napisać o sprawie, którą na światło dzienne wyciągnęła autorka bloga Zwierz Popkulturalny, czyli plagiacie, jaki popełnił Wojtek Kałużyński w swojej książce „Kino, teatr, kabaret w przedwojennej Polsce”. Cały tekst znajduje się tutaj, warto przeczytać, ja tylko streszczę, że chodzi o to, iż Kałużyński całe akapity przepisał z „Historii kina polskiego” Tadeusza Lubelskiego (a być może także innych książek). Przepisał niemal słowo w słowo. Nie zacytował, nie powoływał się na pracę znakomitego historyka filmu, ale zżynał całe zdania, tu i ówdzie coś wycinając, tam coś dodając. Paskudna sprawa, ale skłoniła mnie do kilku refleksji. Przepraszam, dla części czytających to mogą być gorzkie żale jakiegoś tam dziennikarzyny, ale wydaje mi się to ważne.

Dla mnie to wydarzenie dodatkowo przykre, bo Wojtka znam, pracowaliśmy przez kilka lat w jednej redakcji i nawet czuję się nieco nieręcznie pisząc teraz o jego książkowej wtopie. Zresztą, jak dowiecie się z wpisu Zwierza, nie jedynej. Jednak wytłumaczenia dla takiego postępowania nie ma. A może inaczej: wytłumaczenie pewnie jakieś jest. Ale nie ma usprawiedliwienia. I przy tym wszystkim wydaje mi się, że to część większego problemu, który nęka dziennikarstwo, nie tylko kulturalne zresztą.
Plagiat to pewnie najgorszy z dziennikarskich grzechów. Bezczelne żerowanie na cudzym dorobku powinno dziennikarza (tak jak pisarza, naukowca, etc.) eliminować z zawodu na długo – trudno po czymś takim się zrehabilitować. Pamiętacie aferę Jaysona Blaira, który zmyślał swoje teksty siedząc za biurkiem we własnym mieszkaniu? „The New York Times” napisał, że to był najgorszy moment w historii gazety. Ciekawe, czy wydawnictwo PWN, które książkę Kałużyńskiego opublikowało, jest w stanie wydać podobny komunikat? Dziś – 25 października – zdobyło się jedynie na odpowiedź na pytanie zadane na Facebooku: „Skontaktowaliśmy się już w tej sprawie z autorem. Damy znać jeśli będziemy mogli wyjaśnić sprawę”. Jeśli? Przecież to także wina wydawnictwa. Oczywiście, pierwszym winnym jest tutaj autor, bez dwóch zdań. Ale co dalej? W końcu jego książkę ktoś – przynajmniej teoretycznie – redagował. Wiem, teraz praca redaktora w wydawnictwie nie polega już na ślęczeniu nad tekstem z autorem, na rozwiewaniu wątpliwości i zadawaniu pytań. Ma pewnie przeczytać tekst i po sprawie, byle oddać materiał do druku. O redakcji i konsultacji merytorycznej czy naukowej raczej już mowy nie ma (w stopce książki Kałużyńskiego takie funkcje się zresztą nie pojawiają). Słabo, tym bardziej że mówimy o Wydawnictwie Naukowym PWN.

Tu muszę zrobić dygresję i wbić szpilę: akurat ta oficyna od jakiegoś czasu mocno zaniża poziom. Pierwszym z brzegu przykładem może być książka „Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone”, której autor Remigiusz Piotrowski opisy przedwojennej Łodzi zaczerpnął bodaj z kryminału Konrada Lewandowskiego. Napisanego, oczywiście, w XXI wieku, a nie w czasach choćby zbliżonych do tych, w których działał Ślepy Maks.

Wracając do plagiatu, jakże gorzko brzmi wydrukowane na ostatniej stronie książki Kałużyńskiego przesłanie kampanii Prawolubni: „Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy (…)”. (Swoją drogą, o Prawolubnych poczytaj tutaj). W tym przypadku jest dziełem także Tadeusza Lubelskiego i być może kilku innych autorów. Bibliografia bogata, kto chce, może dokonać analizy porównawczej.

Cała sprawa ma jednak drugie dno. W końcu coś autora do tej intelektualnej kradzieży zmusiło. Może zbyt krótki termin. Może nawał pracy. Może zbyt wiele innych obowiązków na głowie. Nieważne co, sam fakt jest nadal dyskwalifikujący. Ale wciąż widzę w tym nie tylko jego winę. Plagiat jest skrajnością, jednak medialna rzeczywistość – a Wojtek Kałużyński wciąż jest dla mnie przede wszystkim dziennikarzem, a nie pisarzem – zmusza do wielu rzeczy, których nie chcemy robić. I teraz będzie parę akapitów właśnie o tym.

Nie ma dziennikarza, który byłby bez grzechu. Każdy popełnił niechlujny tekst, nie sprawdził wiarygodności rozmówcy albo przytaczanych danych, pomylił nazwiska, tytuły, daty, etc. Takie rzeczy się zdarzają, czasami z niedbałości, czasami z pośpiechu, czasami ze zbyt wielkiej wiary we własną wiedzę (to bywa zgubne!). Mi się to także zdarza. Nawet zbyt często i mogę tu tylko obiecać poprawę. Prawie każdy, kto pracuje w tym zawodzie zwłaszcza dziś, był również zmuszony do rozmaitych ustępstw, przemilczeń, zmian w tekstach, na które godzić się nie chciał, ale musiał, bo praca rzecz cenna… Nie chcę udawać, że jestem w sprawach dziennikarskich wyrocznią, że wiem na ten temat wszystko. Pracuję w tym zawodzie już/dopiero od kilkunastu lat, umiem mniej niż bym chciał. Byłem też świadkiem i mimowolnym uczestnikiem paru sytuacji, o których wiedzieć bym nie chciał. Nazwisk raczej nie podaję, bo nie o to chodzi, żeby komuś teraz bruździć, wszystko jednak wydarzyło się naprawdę.
Redakcje oszczędzają na czym tylko mogą, ale jednocześnie chcą, żeby czytelnictwo rosło, sprzedaż pięła się na szczyty Śnieżki (o wyższych chyba czas zapomnieć), reklamy sprzedawały się jak szalone. Niestety zbyt często zdarza się, że ludzie na kierowniczych stanowiskach mają w dupie to, że pisanie tekstu wymaga czasu, ruszenia tyłka zza biurka, a czasami nawet – o zgrozo! – pieniędzy (i to nie tylko tych marnych wierszówek). Przykład sprzed paru lat, błahy, ale wymowny: na łamach jednej z gazet w lokalnym dodatku ukazała się relacja z inscenizacji – o ile pamięć mnie nie myli – Bitwy Warszawskiej, w każdym razie chodziło o duży, historyczny festyn. Było super, słońce świeciło, matki z dziećmi zachwycone, w tekście pojawiły się nawet wypowiedzi zadowolonych widzów. No, problem w tym, że akurat tego dnia było gigantyczne oberwanie chmury, impreza została odwołana, co oczywiście konkurencyjny dodatek stołeczny skrupulatnie opisał. Autorka zmyślonej relacji z hukiem wyleciała z pracy. I tylko ona – a przecież ktoś to, do cholery, redagował. Ktoś zgodził się, żeby nie jechała na miejsce, tylko pisała z redakcji. Ktoś stał jej nad głową i truł, że deadline się zbliża.

Redaktorzy i wydawcy chcą, żeby dziennikarze pracowali olimpijsko: citius, altius, fortius. I najchętniej nie dla pieniędzy, ale dla idei. Chodzi tylko o to, żeby wykosić konkurencję. Żeby wygryźć się nawzajem, bo jeśli my coś mamy, to może oni tego mieć nie będą. Przykłady? Proszę bardzo, może absurdalne, ale prawdziwe. Redakcja w dniu śmierci Gustawa Holoubka. W każdej gazecie to ciężki dzień, trzeba dać duże wspomnienie, wypowiedzi o zmarłym, itp. Trudno zachować jednak szacunek, gdy jeden z szefów wrzeszczy, że chce mieć niepublikowaną rozmowę Konwickiego z Holoubkiem. I mówi to – chyba – serio. Świetna mobilizacja, doprawdy.
Inna sytuacja: zbliżają się prawybory prezydenckie w USA. Jeszcze nie wiadomo, kto będzie kandydował z ramienia Demokratów: Hillary Clinton czy Barack Obama. Ale ktoś na górze ma doskonały pomysł: trzeba dzwonić do znanych Amerykanów, żeby powiedzieli, na kogo będą głosować. Po dupie dostają oczywiście działy zagraniczny i kulturalny, bo najpierw czekają pół dnia, żeby można było dzwonić do Stanów, potem wiszą na telefonach i próbują wybłagać choć jedną interesującą wypowiedź. Sukces marny, ale przynajmniej mogę się pochwalić, że tamtego wieczora rozmawiałem z asystentami lub asystentkami Clinta Eastwooda, Roberta De Niro, Spike’a Lee, gubernatora Arnolda Schwarzeneggera oraz automatyczną sekretarką agenta Joela Coena. Tylko automatyczna sekretarka nie spuściła mnie na drzewo.

Po co o tym piszę? W sumie to trywialne, ale czasy, w których wszystko ma się klikać i dobrze sprzedawać, w których uwaga czytelników wygasa po pierwszym akapicie, wymusiły zmiany w podejściu do dziennikarstwa. Ma być szybko i głośno, ma trafiać do konkretnych odbiorców, nieważne, ile w tym wszystkim prawdy. Jeden z moich ulubionych dziennikarzy Colin Woodard opublikował jakiś czas temu fenomenalny cykl „Unsettled” o sytuacji Indian Passamaquoddy w stanie Maine. Z punktu widzenia Europejczyka – nisza nisz. Ale co za fascynująca lektura! No i ten Woodard poświęcił na to jakieś megagodziny pracy. 250 godzin poświęcił na same rozmowy ze świadkami opisywanych wydarzeń (nawet jeśli miał ludzi, którzy pomagali mu przeprowadzać i potem spisywać te wywiady, to i tak wynik imponujący). Napisał liczący 29 części cykl, który czyta się jak powieść. To jest dziennikarstwo, jakiego mi brakuje. Coraz mniej w Polsce redakcji, które chcą w ogóle dać ludziom coś poza doraźnym newsem, polityczną przepychanką albo wywiadem o niczym.
Nie dziwię się, że to choroba, która dotknęła także popularną literaturę faktu. Sprzedaje się? To tłuc, ile wlezie. Sprawdziłem jednego z popularnych autorów tego typu wydawnictw: według Wikipedii od 2010 roku wydał ponad dwadzieścia książek. Jaką mogą mieć wartość naukową? Czy człowiek, który w ciągu roku pisze sześć tomów ma w ogóle czas je przeczytać? Zastanowić się? Poprawić coś?

A jaki to ma związek z dziennikarstwem? No właśnie taki, że każdego gonią terminy – zwłaszcza spłaty kredytów i zapłaty rachunków. Nie ma już czasu, żeby dać tekstowi odpocząć, żeby przeczytać go raz, drugi, trzeci. Trzeba tłuc wierszówkę, łapać fuchy za fuchami, w międzyczasie szczęśliwcy dostaną od wydawnictwa zlecenie na książkę albo będą pisać polecenia dla gazetki wydawanej przez dużą sieć handlową. Wielu dziennikarzy – przynajmniej tych, których ja znam – wcale tego nie chce. Ale bardzo nieliczni mają komfort stałej pracy, godziwej pensji i szefów, którzy rozumieją, że dziennikarstwo to zawód, który wymaga choć odrobiny talentu i poświęcenia. A przede wszystkim wiarygodności i kompetencji.
A dziennikarze oczywiście nie są w tym wszystkim bez winy. Jeden z moich współpracowników – bardzo zdolny skądinąd – napisał kiedyś w mailu, że chce opublikować po jednym z festiwali wywiad z laureatem „bo chce się wykazać przed organizatorami”. No jednak nie tędy droga. Zbyt często zapominamy – a wydawcy, reklamodawcy i inni ludzie, dla których zysk ważniejszy jest od treści do zapominania nas zmuszają – że jedynymi osobami, przed którymi powinniśmy się wykazywać, są czytelnicy.

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

5 thoughts

  1. No co się dziwisz? Jeżeli splagiatowanie pracy naukowej sąd w Polsce kwituje stwierdzeniem, że nie ma o czym mówić, bo skoro to praca naukowa, to jest to publikacja niszowa i, co za tym idzie, szkodliwość społeczna czynu jest znikoma, no to czego tu można oczekiwać? Pewnie, ludzie powinni sami z siebie wiedzieć, co jest cacy, a co jest be, ale skoro żyjemy w czasach kiedy nikt tym sobie za bardzo głowy nie zawraca, powinny przynajmniej działać mechanizmy lania po łapach…

  2. Ja się nawet nie dziwię tak bardzo. W epoce recyclingu treści wiele się może zdarzyć: sam po przeczytaniu raz jeszcze swojego wpisu i wpisu Zwierza Popkulturalnego złapałem się na tym, że bezwiednie powtórzyłem jedną czy dwie myśli autorki – może nie tyle powtórzyłem, co po prostu mieliśmy w tej sprawie identyczne spostrzeżenia. Nie szokują mnie różne przypadki po tym, jak złapałem kiedyś autorkę na plagiatowaniu nawet nie tekstów, ale komentarzy internautów z Filmwebu (a to dlatego, że zrobiła jakąś absurdalną literówkę w nazwisku Tima Burtona, przekleiłem to do Google’a i wyskoczył mi właśnie Filmweb – dookoła literówki były te same zdania, co w tekście, który właśnie redagowałem).
    Co mnie szokuje, to to, że autor obecny na prasowym rynku od dawna, goszczący w rozmaitych radiach i telewizjach, nagle został obnażony. Popełnił plagiat okropny, a co gorsza nieumiejętny. A co jeszcze gorsza – nie po raz pierwszy. W tym przypadku szkodliwość społeczna też pewnie uznana zostałaby za niską – stratę ponosi Tadeusz Lubelski i jego wydawca. A czytelnik? No cóż, można nawet gorzko zażartować, że tylko zyskał, bo nieświadomie zapoznał się z fragmentami wartościowej pracy naukowej profesora Lubelskiego. A tak naprawdę jestem przekonany, że przeciętnego czytelnika cała ta sytuacja niewiele obchodzi. Obchodzi środowisko, które jednak do tej pory jakoś nie wykryło tego plagiatu – za krytyków musiała to zrobić dociekliwa blogerka. I to oczywiście jest przytyk także w moją stronę: miałem książkę Kałużyńskiego od roku i tymczasowo stała i kurzyła się na półce.
    Mechanizm lania po łapach mam nadzieję tu zadziała i zadziała nie tylko na autora plagiatu. Przez chwilę – może nawet dłuższą – blogerzy i dziennikarze nawzajem będą sobie patrzeć na ręce. Nie chodzi oczywiście o wytykanie banalnych błędów czy literówek. Żeby skończyło się wciskanie ludziom kitu, żeby skończyło się pisanie pozytywnych recenzji za gadżety, tego typu gówniane praktyki. Zawód dziennikarza – zwłaszcza dziennikarza zajmującego się kulturą – traci coraz bardziej znaczenie i nie damy rady zwalić wszystkiego na internety.
    Wiem, że zbaczam z tematu, ale tak mi się ulewa ostatnio.

  3. Dziwny tekst. Z jednej strony dobrze, że Pan o tym pisze, ale z drugiej po co bawi się Pan w delikatność („książkowa wtopa”) i usprawiedliwienia. Kałużyński to po prostu złodziej. Czy jakby Panu ktoś portfel ukradł, to też by Pan go usprawiedliwiał, że pewnie mało zarabia i szef go w pracy goni? Po co te opowieści, jak ciężko harują dziennikarze? Przecież to naprawdę nie jest najgorzej opłacany zawód w Polsce, ani też Kałużyński z głodu nie ukradł. Kradnie, bo woli jeść sushi niż bułkę z kefirem. Albo wziął kredyt na mieszkanie, o którym ja mogę tylko pomarzyć.

    1. Nie usprawiedliwiam Kałużyńskiego, co nie znaczy, że nie staram się całej tej sytuacji zrozumieć. Opowieści o dziennikarzach to wątek w sumie drugoplanowy, część większego obrazu. Jeśli Pani woli, proszę spojrzeć na to w ten sposób: ów plagiat jest winą – przynajmniej częściowo – kogoś, kto postanowił zaoszczędzić na wydaniu książki. Ewidentnie nie było tam redaktora, który pracowałby z autorem nad tekstem. Ktoś całość zatwierdził do druku, a przecież słowo „Naukowe” w nazwie wydawnictwa powinno zobowiązywać do rzetelności nie tylko autora, lecz także wszystkie osoby odpowiedzialne za publikację. Wydawca – wierzę, że nieświadomie – wcisnął czytelnikom płacącym za książkę niemałe pieniądze kit.
      Mam głównie na myśli to, że sprawa tego plagiatu jest fragmentem większego problemu. Problemu, w który historie dziennikarskie (i mówię przede wszystkim o dziennikarzach zajmujących się kulturą) jakoś się wpisują.

      I tak, dziennikarz nie jest najgorzej opłacanym zawodem w Polsce. Ale bajeczne zarobki dziennikarzy – pomijając gwiazdy tego zawodu – to mit. Ale rzecz jasna nawet słabe wierszówki nie usprawiedliwiają złodziejstwa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s