Przybijam piątkę komiksowi

komixy

Wywołany do tablicy przez koleżanki z serwisu Foch.pl po długim czasie przybijam piątkę komiksowi. Dla niezorientowanych: chodzi o to, żeby wskazać pięć komiksów, które śmiało można polecić komuś, kto na co dzień z tą formą sztuki raczej do czynienia nie ma. Pomijając prosty fakt, że trudno wybrać tylko pięć tytułów, ba, wręcz wydaje się, że to zadanie intelektualnie niemożliwe, to cała sprawa przysparza jeszcze więcej problemów. Zanim więc lista, krótkie do tych problemów wprowadzenie.

Na tegorocznym festiwalu komiksu w Łodzi miałem przyjemność uczestniczyć w zorganizowanym przez Egmont panelu o kanonie komiksu. To jasne, że ów panel promował kanon wydawany przez Egmont, ale jednocześnie dał dobrą podstawę, by zastanowić się, czym kanon komiksu w ogóle jest. Egmontowski kanon jest zacny, to rzeczywiście – jak głosi hasło reklamowe – komiksy, które wypada znać, ale wciąż to propozycja przeznaczona dla tych, którzy tę formę sztuki cenią, znają, orientują się choć odrobinę. A zasadniczy problem jest taki, że Polska pod względem znajomości komiksu jest krajem wyjątkowo zacofanym – przynajmniej w porównaniu z zachodnią Europą, nie mówiąc o Stanach. Podnosiłem więc na owym panelu kwestię taką, że mianowicie jeśli ktoś komiksów w ogóle nie zna, nawet w dzieciństwie nie czytywał Papcia Chmiela, to na nic mu tacy „Strażnicy”, skoro w ogóle nie ma pojęcia o komiksach superbohaterskich.
Upraszczam za bardzo? Otóż wcale nie. Mała dygresja posłuży za przykład: gdy na ekrany polskich kin wchodził „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, moja macierzysta gazeta zleciła napisanie na ten temat felietonu swojej dziennikarskiej gwieździe (skądinąd dziewczynie inteligentnej, oczytanej, itp.). Biedna męczyła się niemiłosiernie i w końcu – gdy już zbliżał się deadline, a sekretariat redakcji ponaglał nieustannie – znad jej komputera dobiegł krzyk rozpaczy: „Słuchajcie, a czy ten Batman to umie latać?”.
No właśnie. Wiele z tych komiksów, które uważamy za najważniejsze, przełomowe, wybitne, to jednocześnie dzieła, które bez znajomości rozmaitych kontekstów tracą połowę wartości. Nie znasz reguł rządzących światem superbohaterów? „Strażnicy” być może nawet ci się spodobają, ale w pełni maestrii Alana Moore’a nie docenisz. To tylko przykład, ale łatwo go odnieść do wielu – zwłaszcza amerykańskich – komiksów. Jasne, podobnie jest z literaturą, filmem, nawet teatrem. Kolejne pokolenia tworzą odnosząc się chcąc nie chcąc do tego, co było wcześniej. Tyle że komiks – o czym fanów tegoż przekonywać nie trzeba – zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu. Potrzebujemy nie tylko dobrych albumów (te na szczęście mamy na rynku), lecz także edukacji komiksowej. Tylko tak ta sztuka zdoła się wreszcie przebić do szerokiej świadomości.

I teraz mogę wreszcie przybić komiksowi swoją piątkę. Te tytuły to może nie Najlepsze Komiksy W Historii Wszechświata (są bardzo dobre jednakowoż). Ale mam nadzieję, że jeśli trzymaliście się od komiksu do tej pory z daleka, to was zachęcą do dalszych poszukiwań.

calvin1. „Calvin i Hobbes” – nie musiałem się zastanawiać, jaki wybrać tytuł spośród tysięcy komiksów prasowych Dzieło Billa Wattersona jest idealnym przykładem udanego komiksowego stripa, ma wyrazistych (och, jak bardzo wyrazistych!) bohaterów, kapitalne puenty, inteligenty humor, fantastyczną kreskę. Przez chwilę zastanawiałem się nad „Fistaszkami” – bez nich pewnie „Calvina i Hobbesa” by nie było – ale jednak Watterson wygrał. Całość zebrana jest w jedenastu tomach, którykolwiek wybierzecie, będzie ok, ale warto zacząć od pierwszego, bo pewne wątki i motywy ładnie się później przez lata rozwijały.

 
asterix2. Asterix – chcecie zrozumieć fenomen komiksu humorystycznego? Czytajcie przygody Asteriksa – te, do których scenariusze pisał Rene Goscinny. Kapitalna zabawa słowem (nawet w polskim przekładzie udało się część żartów uratować), historia wymieszana z popkulturą, naprawdę nie ma nic dziwnego w tym, że Asterix, Obelix i spółka stali się rozpoznawalnymi niemal na całym świecie ikonami. Komiksy o Asteriksie możecie ewentualnie zamienić na „Lucky Luke’a”, ale koniecznie także odcinki Goscinnego. I nie oglądajcie filmowych adaptacji, bo te wszystko psują. Lektura uzupełniająca: „Kajko i Kokosz” Janusza Christy. Pomysł może i wtórny, ale te komiksy naprawdę bronią się po latach.

 
tintin3. „Przygody Tintina” – arcyklasyk, to raz. Sprawnie, zabawnie i fajnie opowiedziany, to dwa. Idealne wprowadzenie do komiksu przygodowego, to trzy. Może nieco się albumy o Tintinie zestarzały, ale to nie zmienia faktu, że to wciąż fantastyczna rozrywka. I tym razem nie należy zaczynać od początku – lektura pierwszych albumów uświadamia, jak wiele Herge się jeszcze jako artysta i scenarzysta musiał nauczyć. Lecz jeśli zaczniecie lekturę od, powiedzmy, „Cygar faraona”, satysfakcja gwarantowana.

 
shortcomings4. „Niedoskonałości” – załóżmy jednak, że nie jesteście zainteresowani komiksem popularnym i wolicie coś nieco bardziej serio. Z pomocą przychodzi Adrian Tomine ze swoim wybitnym albumem. Rzecz i o relacjach międzyludzkich, i o uczuciach, i o zagubieniu we współczesnym świecie. No i lektura idealna, jeśli chcecie wejść w świat amerykańskiego indie komiksu. Po „Niedoskonałościach” przeczytajcie „Ghost World” Daniela Clowesa. Potem „Blankets” Craiga Thompsona. Potem „Black Hole” Charlesa Burnsa… A później wsiąkniecie na dobre.

 
joker5. „Zabójczy żart” – długo, bardzo długo zastanawiałem się nad tym, jaki komiks superbohaterski powinien się tu pojawić. I czy w ogóle powinien. Pierwszym tytułem, jaki odrzuciłem, był właśnie „Zabójczy żart”, bo uznałem, że po lekturze tego albumu – moim zdaniem najwybitniejszego komiksu superbohaterskiego ever – każda inna opowieść o herosach w pelerynach wyda się słabsza. No ale jeśli już zaczynać przygodę z tym gatunkiem, to porządnie. Poza tym dla wielu czytelników komiksu w Polsce, w tym dla mnie, „Zabójczy żart” był pierwszą przeczytaną historią o Batmanie. W 1991 roku wydał go TM-Semic, niewiele osób w Polsce wiedziało kim są Alan Moore i Brian Bolland (a już na pewno nie wiedział tego uczeń siódmej klasy podstawówki), więc i większość tego komiksu nie doceniła. Uznanie przyszło z czasem. A „Zabójczy żart” – mroczny, gorzki, brutalny – jest wzorcową historią superbohaterską.

Miłej lektury zatem życzę, a jeśli ktoś potrzebuje dalszych wskazówek, to zachęcam do kontaktu, komentowania, etc.

A reguły przybijania piątki wymagają nominowania dalszych pięciu nieszczęśników, więc – choć szansa, że zajrzą tu jest niewielka – nominuję, żeby nie być tym, co przerwał łańcuszek („Wiesław z Gorzowa nie rozesłał tego listu dalej i po dwóch tygodniach umarł na skrofuły”, etc.). A zatem niezobowiązująco nominuję tych, co się komiksem zawodowo nie zajmują ( o niektórych nawet nie mam pojęcia, czy komiksy czytają, ale jestem ciekaw ich opinii). Jeśli już byli nominowani – i być może nawet się wypowiedzieli – to przepraszam pardon:
Rafał Stec
Wojtek Przylipiak (mogą być peerelowskie, yo!)
Jarek Szubrycht
Kuba Armata
Konrad Bańkowski (pora wyjść z akcją na Zachód).
Jak ktoś nie chce na swoim blogu pisać czy gdzie tam, to służę miejscem i ewentualna promocją na tłiterze.

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s