„Diabelski wynalazek”: Kocham pana, panie Zeman

diabelskimain

Niedawny – i zdecydowanie zbyt krótki – przegląd filmów Karela Zemana w warszawskim Iluzjonie pozwolił mi odkryć twórczość tego fantastycznego reżysera na nowo.

Napisałem „na nowo”, bo filmy twórcy „Dwóch muszkieterów” widziałem, przynajmniej we fragmentach, w zamierzchłych czasach dziecięcych. Kojarzyłem pojedyncze sceny, może nawet raczej obrazy wyjęte z filmów, których tytułów nawet nie pamiętałem. Do niedawna jednak Karel Zeman był dla mnie głównie nazwiskiem z podręcznika historii kina. I to nazwiskiem często pomijanym, wszak gatunkowy ciężar jego filmów – przygodowych fantazji wywiedzionych z fascynacji twórczością Juliusza Verne’a – nijak się miał do chronologicznie przecież późniejszych dzieł Jiříego Menzla, Miloša Formana czy Karela Kachyňy. Przyszła zatem pora nadrobić zaległości, mowa bowiem o reżyserze, który inspirował nie tylko swojego rodaka Jana Švankmajera, lecz także takich twórców jak Terry Gilliam, Tim Burton czy Joe Dante. Zacząłem – trochę na chybił trafił – od zrealizowanego w 1958 roku „Diabelskiego wynalazku”. Dobry początek.
Wszyscy, którzy – tak jak ja, przyznaję – ekscytowali się tym, że Zack Snyder tak wiernie przenosi na ekran kadry z „300” czy „Strażników”, powinni zdać sobie sprawę, że Zeman robił (prawie) to samo pół wieku wcześniej. Oczywiście nie korzystał z komiksów, ale ożywiał oryginalne ilustracje towarzyszące wydaniom powieści Verne’a. Łączył je z animacją poklatkową i tradycyjną oraz żywymi aktorami, a efekt jest do dziś oszałamiający. Zeman stworzył spójny ekranowy świat, magiczny, zaskakujący, zbudowany jakby w kontrze do wszystkiego, co w latach 50. mogło zaproponować Hollywood (inna sprawa, że pewnie tylko ułamek produkcji z Zachodu trafiał wówczas do Czechosłowacji, więc przeciętny widz nie miał szans tego porównać).

Fabułę „Diabelskiego wynalazku” Zeman i jego współscenarzyści (m.in. Jiří Brdečka, który zasługiwałby na osobny tekst, bo to jedna z najważniejszych postaci kultury popularnej Bloku Wschodniego) oparli przede wszystkim na „Strasznym wynalazcy”, ale pojedyncze wątki zaczerpnęli z „Tajemniczej wyspy”, „Robura Zdobywcy” i innych książek Verne’a. To zresztą, przynajmniej po latach, wydaje się mało istotne – akcja, nawet w zestawieniu z innymi filmami tamtego okresu, wyjątkowo porywająca nie jest. Obfituje za to w wydarzenia, które dla Zemana stały się polem do popisu. Walka nurków z olbrzymią ośmiornicą, pojedynek łodzi podwodnych, machiny latające – wszystko utrzymane w kapitalnej, umownej retro stylistyce. Zeman oddawał hołd rysownikom, którzy przed laty nadali kształt Verne’owskim fantazjom, a jednocześnie świadomy, że efekty specjalne na kinowym ekranie wypadają sztucznie, całą historię – także pod względem wizualnym – wziął w nawias. A i tak każda scena „Diabelskiego wynalazku” to perła. I to dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Charakterystyczne prążki na tkaninach i dekoracjach – nadające filmowi ów litograficzny sznyt – malowane były ręcznie, o czym opowiadała Ludmila Zeman, córka reżysera, która jako jedenastolatka pomagała na planie filmu. Zeman wyjątkowo dbał o szczegóły i był przy tym bardzo pomysłowy. Gdy do ról piratów potrzebował ludzi o charakterystycznych twarzach, statystów szukał m.in. w domach starców.
Koniecznie trzeba też wspomnieć o fenomenalnej muzyce Zdenka Liški, bogatej, urozmaiconej, ładnie punktującej najważniejsze wydarzenia. Jeśli ktoś zna czeski, to może sobie przeczytać (ja sam tylko ją przejrzałem, z google transalatorem czytałbym ją chyba z miesiąc) ciekawą pracę magisterską na temat ścieżki dźwiękowej do „Diabelskiego wynalazku”. Od siebie dorzucę, że jest w kompozycjach Liški fragment z ostro tnącymi smyczkami, jako żywo przypominający słynny motyw z „Psychozy” (ten ze sceny prysznicowej), przy czym trzeba pamiętać, że Bernard Herrmann swoją muzykę napisał nieco później. Ale – żeby nie było, że wietrzę tu jakieś plagiaty – za to film Zemana trafił do Stanów Zjednoczonych jeszcze później.
Na ekrany wprowadził go Joseph E. Levine, gigant filmowej dystrybucji i wzięty producent. Nie wierzył – poniekąd słusznie – że amerykańscy widzowie będą chcieli wybrać się na film z dalekiej i obcej Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, więc zmienił tytuł dzieła Zemana na jakże subtelny „The Fabulous World of Jules Verne”, kazał film przemontować, zdubbingować, a na dodatek zmienił nazwiska aktorów na niby-amerykańskie (to sprawdzona metoda, z której korzystali chociażby liczni twórcy spaghetti westernów). Entuzjastyczne recenzje i nominacja do nagrody Hugo w 1962 roku (przegrał z serialem „Strefa mroku”, więc wstydu nie ma) sprawiły, że film zdobył nawet pewną popularność. Dziś jednak w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje przede wszystkim jako muzealna ciekawostka i pokazywany był m.in. w MoMA. Praskie muzeum Karela Zemana rozpoczęło prace nad cyfrową rekonstrukcją obrazu, a pokazy planuje m.in. podczas Expo 2015 w Milanie. Swoją drogą muzeum otwarte trzy lata temu stało się jedną z atrakcji stolicy Czech, ma też bardzo ciekawy kanał na YouTube. Może pora na renesans Zemana? Ja z pewnością do niego – także na blogu – wrócę. Miluji vás, pane Zemane!

PS. Karel Zeman okazał się także swoistym prorokiem: nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony do najnowszych zdobyczy techniki. Mawiał, że nawet przy zaawansowanej technologii ludzie potrzebują miłości, poezji, magii, bo tylko to czyni ich szczęśliwymi.

Diabelski wynalazek
Vynález zkázy | Czechosłowacja 1958 | reżyseria: Karel Zeman
★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s