„Wilkołacze sny”: Pragnienie wolności

Świetna debiutantka Sonia Suhl w "Wilkołaczych snach". Fot. Vivarto
Świetna debiutantka Sonia Suhl w „Wilkołaczych snach”. Fot. Vivarto

W ubiegłym roku narzekałem, że już nie chcę pisać o horrorach i zawracać sobie głowy tym umierającym gatunkiem. A teraz chyba muszę to wszystko odwołać.

Horrory, które zazwyczaj trafiają do polskich kin, czyli najpopularniejsze produkcje z Hollywood, względnie kolejne bliźniaczo do siebie podobne filmy z Hiszpanii, wciąż rzadko są warte uwagi. Ale kilka ostatnich premier – a na dodatek udana druga edycja festiwalu Black Bear, która odbyła się jesienią – pozwoliło na odzyskanie wiary w kino grozy. Serio, od dawna na ekranach polskich kin nie było tak wielu dobrych horrorów lub produkcji z estetyki kina grozy chętnie korzystających. Jeszcze możemy oglądać „Białego boga” Kornéla Mundruczó i przezabawne „Co robimy w ukryciu”, wkrótce premiery fenomenalnego „Coś za mną chodzi” i – mocno w Polsce spóźnionego – „Oculus” (o obu jeszcze w niedalekiej przyszłości napiszę). Wreszcie udane, klimatyczne „Wilkołacze sny”, debiutancki film duńskiego reżysera Jonasa Alexandra Arnby’ego. Nie mam pojęcia, czy to stały trend, ale mam za to nadzieję, że dystrybutorzy nie poddadzą się bez walki, choć raczej żaden z tych filmów, może poza „Coś za mną chodzi”, które wszędzie zbiera zasłużone entuzjastyczne recenzje, przebojem się niestety nie stanie.

„Wilkołacze sny” zdążyły już swoją obecność w Polsce zaznaczyć: zasłużoną nagrodę za operatorski debiut zdobył na festiwalu Camerimage Niels Thastum. Oniryczny, skąpany w mgłach i ciemnościach film nie jest jednak wyłącznie obrazkiem do podziwiania. Chociaż ci widzowie, którzy od horroru oczekują gwałtownych scen i nieustającego napięcia, mogą poczuć się nieco rozczarowani. Arnby umiejętnie buduje klimat, widać, że sprawnie porusza się w gatunkowej grozie, ale sięga przede wszystkim do lęków głęboko skrywanych. To nie klasyczny film do straszenia, ale raczej mroczny, realistyczny poemat, który chętnie poddaje się wszelkim psychologicznym, a nawet społecznym interpretacjom.
„Wilkołacze sny” są niemal automatycznie porównywane z „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona, zapewne ze względu na skandynawski rodowód oraz dorastające dziewczyny w rolach głównych. Arnby’emu – podobnie jak wcześniej Alfredsonowi i Johnowi Ajvide Lindqvistowi, autorowi literackiego pierwowzoru „Pozwól…” – horror służy bowiem za metaforę (przyznaję, że ani odkrywczą, ani zbyt subtelną) wchodzenia w wiek dorosły. I nie chodzi tutaj tylko o dojrzałość seksualną, choć ta odgrywa tu olbrzymią rolę (wywołuje tez bardzo odległe skojarzenia z wczesną prozą Kathe Koja), lecz także o oderwanie się od władzy rodziców, rozpoczęcie życia na własną odpowiedzialność, gotowość do podejmowania własnych decyzji. Maria – skromna, cicha dziewczyna z prowincjonalnego miasteczka – zaczyna obserwować zachodzące w swoim ciele zmiany właśnie wtedy, gdy zaczyna się zmieniać jej życie. Dziewczyna kończy szkołę, zaczyna pracę, tam poznaje chłopaka, w którym się zakochuje, lecz także staje się obiektem okrutnych żartów i molestowania seksualnego. Właściwie nic w tym dziwnego, że zamienia się – dosłownie – w potwora.

Nie ma w „Wilkołaczych snach” typowej dla tego podgatunku horroru ikonografii. Żaden wilk z rozjarzonymi ślepiami bohaterki nie gryzie, żadna klątwa nie zostaje na nią rzucona. Likantropia jest w przypadku Marii dziedziczna, wraz z biegiem akcji tajemnicza choroba przykutej do wózka inwalidzkiego matki dziewczyny nabiera innego znaczenia. A także pozwala na jeszcze jedną – może najbardziej kuszącą – interpretację filmu jako horroru feministycznego (o innych tego typu filmach możecie w wolnej chwili przeczytać tutaj). Główna bohaterka jest przecież w nim jedyną silną kobiecą postacią. Za wszelką cenę chce się wyrwać z patriarchalnej społeczności, narzucającej swoje brudne reguły. U matki Marii ten wilkołaczy instynkt został zniszczony lekami, ale dziewczyna poddać się kontroli wcale nie zamierza. Im więcej dowiaduje się o swojej „chorobie”, tym bardziej przeciwstawia się dotychczasowym regułom. Ze swojej konfrontacji z rzeczywistością wyjdzie poraniona, niepewna swojej przyszłości, ale mimo wszystko silniejsza. Pragnienie wolności nie daje się zagłuszyć.

Wilkołacze sny
Når dyrene drømmer | Dania 2014 | reżyseria: Jonas Alexander Arnby
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s