„Coś za mną chodzi”: Czekając na śmierć

Maika Monroe w filmie "Coś za mną chodzi". Fot. Kino Świat
Maika Monroe w filmie „Coś za mną chodzi”. Fot. Kino Świat

Film Davida Roberta Mitchella to objawienie. Widziałem go dwukrotnie i nie zamierzam na tym poprzestać. Każdy seans przynosi nowe emocje.

Po raz pierwszy oglądałem „Coś za mną chodzi” szykując tekst o ubiegłorocznej edycji Black Bear Film Fest. Od razu mnie zachwycił, od pierwszych minut przykuł do ekranu, trzymał mocno w garści i nie puścił do ostatnich sekund. Pomyślałem, że tego było mi trzeba, wreszcie horror, który nie traktuje widza jak debila. Który nie próbuje straszyć udawanymi demonami i wykrzywiającymi gęby (tak ofiar, jak i publiczności) egzorcyzmami.
Drugi raz obejrzałem go na pokazie prasowym. Jeszcze przed seansem jeden ze starszych krytyków westchnął: „Ja nie lubię horrorów”. Po seansie nie miał chyba powodów do narzekań. Swoją droga to film, który z większym entuzjazmem przyjmują recenzenci niż widzowie, wystarczy porównać oceny na IMDB. Pośród najwyżej ocenianych horrorów przez użytkowników serwisu zajmuje dopiero 134. miejsce. Oczywiście dziś (czyli 15 marca), bo sytuacja jest tam jak zawsze dynamiczna i jeśli wierzyć głosom internautów najlepszym filmem grozy w historii – lepszych od „Psychozy”, „Obcego” i „Lśnienia” jest bollywoodzki „Manichithrathazhu” (nie widziałem, może faktycznie jest wybitny, podobnie jak zajmujący na rzeczonej liście trzecie miejsce egipski „The Blue Elephant”, śmiem jednak wątpić).

„Coś za mną chodzi”, choć jest mocno osadzony w tradycji kina grozy (kłaniamy się głęboko zwłaszcza Johnowi Carpenterowi), przełamuje schematy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Opowieść o grupie nastolatków, którzy muszą przełamać ciążącą na nich klątwę, mogłaby zamienić się w młodzieżowy horror i to w najgorszym stylu, lecz David Robert Mitchell rozwija ją w nietypowy sposób. Klątwa – wiem, brzmi to wyjątkowo absurdalnie, jednak na ekranie sprawdza się doskonale – jest przenoszona drogą płciową. Można ją przekazać kolejnej osobie, wciąż ze świadomością, że i tak jest nieuchronna. W klasycznych slasherach, do których w warstwie fabularnej Mitchell się chętnie odwołuje, seks i śmierć bardzo często szły ze sobą w parze. W kinie lat 80. rozwiązłych nastolatków spotykała brutalna i gwałtowna kara z rąk Freddy’ego Krugera, Michaela Myersa lub innego ekranowego monstrum. Mitchell jednak nie ucieka się do tanich sztuczek. Zło jest tutaj bezosobowe – albo raczej może przybrać postać dowolnego człowieka, znajomego lub obcego. Jest powolne, ale nieustępliwe. Można przed nim uciekać, lecz prędzej czy później cię dopadnie.
Gdyby film Mitchella powstał trzydzieści lat temu, bez wątpienia zostałby odczytany jako metafora strachu przed AIDS. Dziś nie wydaje się tak jednoznaczny – największą jego siłą jest wszak mnogość możliwych interpretacji. Dla samego reżysera to opowieść o lękach i frustracjach towarzyszących seksualnej inicjacji. Ale przecież to także metafora obawy przed wchodzeniem w dorosłość. Obraz świata pozbawionego moralnych drogowskazów i autorytetów. Doprawdy to film, który można analizować na dziesiątki sposobów, doszukiwać się freudowskich podtekstów (postacie prześladujące bohaterów z pozoru są przypadkowe, a jednak mają olbrzymie znaczenie) i ukrytych znaczeń. Na przykład można zastanawiać się, dlaczego – uwaga, mały spoiler – w jednej ze scen tytułowe coś prześladujące główną bohaterkę ma twarz jej ojca. Takich drobiazgów, czasami łatwych do przegapienia, jest w tym filmie mnóstwo. Choćby dlatego będę do niego wracał.

„Coś za mną chodzi” to kino, którym można się delektować. Nie atakuje zmysłów widza gwałtownymi scenami. Mitchell rozmyślnie prowadzi akcję powoli, buduje atmosferę długimi, powolnymi ujęciami i fantastyczną muzyką Richa Vreelanda (ukrywającego się pod pseudonimem Distaterpeace, reżyser zatrudnił go podobno po wysłuchaniu soundtracku do gry „Fez”). Nie potrzebuje wyskakujących spoza kadru potworów, żeby budzić przerażenie. Nie interesują go doraźne strachy. „Coś za mną chodzi” nie sprawi, że będziesz nerwowo podskakiwać w kinowym fotelu, ale za to długo nie pozwoli o sobie zapomnieć.
Reżyser tworzy na ekranie specyficzny, nierzeczywisty świat, z pogranicza snu i jawy. Bohaterowie przemierzają współczesne, opustoszałe i zniszczone przedmieścia Detroit, jeżdżą nowoczesnymi samochodami, ale w domach mają czarno-białe telewizory, nie używają komputerów ani komórek. Oglądają tandetne filmy science-fiction z lat 50., a jednocześnie cytują „Idiotę” Dostojewskiego. Marzą o lepszym życiu, zakochują się (z reguły nieszczęśliwie), ale niewiele poza tym o nich wiemy. Mitchell celowo unika wyrazistych postaci, nie pasują mu stereotypowe charaktery młodzieżowego kina. A dorosłych na ekranie niemal nie widzimy. Jeśli już się pojawiają, to są wyłącznie tłem, bezwładnym i bezradnym. Nastoletni bohaterowie sami muszą sobie radzić z własnymi kryzysami i lękami.
Podobnie było już w jego błyskotliwym debiucie sprzed kilku lat, świetnym „Legendarnym amerykańskim pidżama party”, refleksyjnym portretem współczesnych nastolatków. Tam bohaterowie marzyli o tym, by podczas wakacyjnej imprezy wreszcie pocałować jakąś dziewczynę/chłopaka. W „Coś za mną chodzi” spotykamy podobnych młodych ludzi, ale tym razem rzeczywistość stawia im znacznie poważniejsze wyzwania.

PS. Jedno, co mi się nie podoba, ale kompletnie nie zależało to od twórców filmu, to polski tytuł. Niby wszystko w porządku, nie jest to zmyślone tłumaczenie w stylu „Wirującego seksu” czy „Liberatora”, ale mimo wszystko mi nie pasuje. „It Follows” ma w sobie jakąś surową tajemnicę, „Coś za mną chodzi” brzmi jak hasło z reklamy serka danio albo jakiegoś batona. Nie mam jednak pojęcia, jakby to można było zmienić. Podobnie jak nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł przetłumaczenia tytułu „The Myth of the American Sleepover” na „Legendarne amerykańskie pidżama party”.

Coś za mną chodzi
It Follows | USA 2014 | reżyseria: David Robert Mitchell
★★★★★

Tekst – w skróconej wersji – ukazał się także na łamach „Kultury” Dziennika Gazety Prawnej.

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s