„Gunman: Odkupienie”, czyli Sean Penn walczy

Sean Penn w filmie "Gunman: Odkupienie". Fot. Monolith
Sean Penn w filmie „Gunman: Odkupienie”. Fot. Monolith

Nie wiem, czy Sean Penn postanowił ratować swoją karierę, potrzebował zastrzyku gotówki czy przechodzi kryzys wieku średniego. Po obejrzeniu „Gunmana” można mu tylko doradzić: nie tędy droga.

Musiałem się przez chwilę zastanowić, czy w przypadku Seana Penna można użyć sformułowania o „ratowaniu kariery”. Prawdopodobnie nie, choć z drugiej strony warto przyjrzeć się jego filmografii z ostatnich dziesięciu lat. Jego wybitne osiągnięcia – wyreżyserowane przez niego „Wszystko za życie” oraz role w „Obywatelu Milku” i „Wszystkich odlotach Cheyenne’a” – skutecznie przyćmiły wybory nieudane lub zwyczajnie publiczności obojętne. Ale nawet gdy grał w bełkotliwym „Drzewie życia” Malicka albo niemiłosiernie szarżował w „Gangster Squad”, to przynajmniej miał do zaproponowania coś potencjalnie ciekawego. W „Gunman: Odkupieniu” postanowił się zmierzyć z kinem czysto rozrywkowym, właściwie nie wiadomo, po co.
Wyreżyserowany przez Pierre’a Morela film to sztampowe, powtarzalne widowisko akcji, kserokopia wielu innych tytułów. Wszystkie elementy dobrze znane: bezlitośni najemnicy (w tym jeden skruszony), zemsta po latach, miłosny zawód, polityczne rozgrywki i obowiązkowo wredne korporacje. Główne pomysły fabularne zostały zaczerpnięte z powieści Jeana-Patricka Manchette „Na straconej pozycji” (polskie tłumaczenie ukazało się nakładem wydawnictwa C&T jakieś osiem lat temu), raz już zresztą sfilmowanej („Szok” z 1982 roku, w reżyserii Robina Davisa, główną rolę grał Alain Delon). Akcja „Gunmana” została przeniesiona w czasy współczesne i prowadzi do szlachetnego w gruncie rzeczy morału, ale jednocześnie cynicznie żeruje na trwającym od wielu lat dramacie Konga. Niszczące ten kraj wojny domowe pochłaniają miliony ofiar, ale co zrobić – tym bardziej to malownicza sceneria do filmu o najemnikach. Może nawet zbyt malownicza, bo na wszelki wypadek akcja dość szybko przenosi się do Londynu i Barcelony, a później na Gibraltar, żeby finałowy pojedynek Dobrego i Złego mógł zostać symbolicznie zmontowany z ujęciami z corridy. Co za finezja!
A co do Konga – jestem pewien, że gdzieś w wywiadach pojawi się mętne tłumaczenie ekipy filmu, że dzięki „Gunmanowi” więcej ludzi usłyszy o wojnie w Kongu. Owszem, ale śmiało można założyć, że większość widzów przejmie się tym tak bardzo, jak wszystkimi innymi wojnami w Afryce, czyli wcale.

Wróćmy jednak do Seana Penna.
Na zachodzie używa się czasami określenia star vehicle – to produkcja, która ma zapewnić grającemu główną rolę aktorowi (bądź aktorce) status gwiazdorski. Zazwyczaj ten termin pojawia w odniesieniu do młodych wykonawców – w tym znaczeniu np. „Igrzyska śmierci” okazały się star vehicle dla Jennifer Lawrence. Ale czasami dzięki jakiemuś filmowi czyjaś kariera nabiera całkiem nowego rozpędu. Wyrazistym przykładem może być „Uprowadzona”, która być może ocaliła aktorski los Liama Neesona. Ten przykład oczywiście nie pojawił się znikąd. Za „Uprowadzoną” stoi wszak ten sam reżyser. Ale to, co udało się z irlandzkim twardzielem, niekoniecznie musiało powieść się w przypadku Seana Penna. Jeśli „Gunman” rzeczywiście miał być star vehicle dla Penna, to wydaje mi się, że to pomysł chybiony przynajmniej z dwóch powodów. Aktorskiego i czysto merkantylnego. I wiem, że star vehicle to określenie z czasów dawnego Hollywood, gdy wszystkim rządziły wielkie studia filmowe. „Gunman” – podobnie jak „Uprowadzona” – to produkcja europejska, ale trafia w Stanach Zjednoczonych do szerokiej dystrybucji i konkuruje na równych prawach z wytworami z Holllywood (co parę akapitów niżej okaże się ważne, gdy zajrzymy na chwilę do amerykańskiego box office’u).

Dla porównania zostańmy jeszcze na chwilę przy Liamie Neesonie. Irlandczyk nigdy nie uciekał od filmu komercyjnego. Choć miał na koncie wybitne role dramatyczne, kino gatunkowe to dla niego naturalne środowisko. W pewnym sensie rola w „Uprowadzonej” (i kolejnych jej sequelach, klonach itp.) była przedłużeniem jego wcześniejszych dokonań. Natomiast komercyjne, rozrywkowe przedsięwzięcia, w których brał udział Penn, można policzyć na palcach jednej ręki, zwłaszcza jeśli odejmiemy od tego gościnne występy w roli samego siebie. Penn, aktor bez wątpienia wielki, a i reżyser bardzo utalentowany, potrzebuje trudnych zadań. Postaci, które musi długo budować w swojej głowie. „Ofiary wojny”, „Przed egzekucją”, „Sam”, „Rzeka tajemnic”, „Obywatel Milk”: wspaniałe, złożone, zniuansowane role, którymi aktor zapewnił sobie filmową nieśmiertelność (a pamiętam jeszcze czasy, w których pisało się o nim przede wszystkim jako o mężu Madonny). Trudno więc domyślić się, co takiego dostrzegł w roli byłego najemnika w „Gunmanie”. Coś dostrzegł z pewnością – przecież jest także współproducentem i współscenarzystą filmu. Ale to nie znaczy, że sobie z tą rolą poradził. Owszem, wypracowaną muskulaturą może zaimponować widzom o połowę od siebie młodszym, ale na ekranie wyraźnie się męczy (nie fizycznie, rzecz jasna). To nie było zadanie na jego miarę – okazało się zbyt mało wymagające, zbyt schematyczne, złożone ze zbyt wielu klisz.

Ryzykownym przedsięwzięciem było także założenie, że Penn jako gwiazda przyciągnie tłumy widzów do kin. W pierwszym tygodniu wyświetlania w Stanach Zjednoczonych „Gunman” trafił na czwarte miejsce box office’u zarabiając nieco ponad 5 milionów dolarów. Wyprzedziły go nie tylko filmy dla nieco młodszych widzów (na pierwszym miejscu „Zbuntowana” – ponad 52 mln dol., na drugim „Kopciuszek” z prawie 35 mln), ale także, tu zaskoczenia chyba nie będzie, Liam Neeson (w drugim tygodniu wyświetlania „Nocny pościg” zarobił 5 mln z małym haczykiem).
Zresztą Penn jako gwiazda nigdy nie był gwarantem krociowych zysków (umówmy się, że chodzi o wpływy ponad 100 milionów dolarów i nie zwracajmy uwagi na produkcyjne budżety). Niektóre filmy, w których grał, potrafiły zarobić całkiem przyzwoitą sumkę, ale z reguły aktor pojawiał się tam w rolach drugoplanowych, a magnesem przyciągającym widzów byli raczej Ben Stiller („Sekretne życie Waltera Mitty”) i Nicole Kidman („Tłumaczka”). Wyjątkiem może być „Rzeka tajemnic”, w której Penn grał pierwszoplanową rolę – i dostał nawet za nią zasłużonego Oscara. Czy jednak jest w stanie przyciągnąć publiczność spragnioną rozrywki i strzelanin? Wątpię. Nie tylko dlatego, że Liam Neeson skutecznie broni pozycji lidera wśród podstarzałych herosów kina akcji. Za dwa tygodnie do kin wchodzi (wjeżdża?) siódma część „Szybkich i wściekłych” – po śmierci Paula Walkera jedna z najbardziej oczekiwanych premier roku – i skutecznie wymiecie „Gunmana” z czołówki box office’u.

Gunman: Odkupienie
The Gunman | Hiszpania, Wielka Brytania, Francja 2015 | reżyseria: Pierre Morel
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

2 thoughts

  1. Mię się wydaje, że jednak dla kasy. Może on zawsze ma taką minę, ale jak opowiadał o tym filmie na The Graham Norton Show, to sprawiał (jak dla mnie) wrażenie człowieka, który usiłuje wyglądać przekonująco, ale nie do końca mu wychodzi:

    A co do Afryki i konfliktów, to rzeczywiście, zrobi pewnie tyle dobrego, co Blood Diamond. Jednak, z drugiej strony, kto się nie zaśmiewał przy, na przykład ‚Allo ‚Allo! niech pierwszy rzuci kamień. Jeśli Tarantino też wolno robić z wojny farsę, to czy filmom sensacyjnym mamy odmówić prawa ukazywania konfliktów jako tła dla akcji?

    1. Nie mam nic przeciwko wykorzystywania konfliktów jako tła akcji, bo bym nie mógł oglądać Parszywej dwunastki, Klossa, Bękartów wojny i setek innych fajnych filmów i seriali. Ale „Gunman” robi to wyjątkowo cynicznie i to mnie wkurza. Tylko tyle. Wojna domowa w Kongu wydała się na tyle aktualna – i jednocześnie egzotyczna – że ktoś postanowił wykorzystać to w scenariuszu, ale żadna refleksja się z tym nie wiąże. Jak w „Hotelu Ruanda” czy „Shooting Dogs” reżyserzy pokazywali wojnę w Rwandzie, to przynajmniej robili to po to, żeby wstrząsnąć widzami (niezależnie od tego, czy im się to udało, i jak oceniamy te filmy). Spodziewam się, że za jakiś czas przyjdzie pora na sensacje, których akcja będzie toczyła się w Mariupolu, Debalcewem albo gdziekolwiek na wschodzie Ukrainy. Też mnie to pewnie wkurzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s