Found footage: 10 filmów, które warto obejrzeć

1-endof
„Bogowie ulicy” – Jake Gyllnehaal i Michael Peña

Niedawna premiera „Szubienicy” – filmu tak niedobrego, że nie chce mi się o nim pisać – utwierdziła mnie w przekonaniu, że ze stylistyki found footage już niewiele da się wycisnąć. Zbyt często powiela sprawdzone koncepty – spójrzcie, ilu sequeli oraz naśladowców doczekały się filmy w stylu „[REC]” czy „Paranormal Activity” – żeby zaskakiwać. Zbyt często, przynajmniej jak na mój gust, próbuje szokować udając snuff movies lub inne chore rozrywki (tu najbardziej wyrazistym przykładem będzie pewnie osławiony „Serbski film”). Ale przecież cały czas zdarzają się filmy, których oglądanie nie będzie stratą czasu. I takie tytuły, do których zawsze warto wracać lub przynajmniej trzeba je znać. Oto 10 tytułów w stylistyce found footage, które powinniście obejrzeć zamiast „Szubienicy”.

Cannibal Holocaust, reż. Ruggero Deodato (1980)
Muszę przyznać, że nie znoszę tego filmu. Za jego obsceniczną wręcz fascynację przemocą, za kiepsko skrywany rasizm (maskowany co prawda dyrdymałami o „krytyce zachodniego społeczeństwa”), za sadyzm wobec zwierząt. Ale jednocześnie doceniam jego znaczenie w historii horroru i ferment, jaki zasiał Deodato (był przez chwilę podejrzewany o zabójstwo popełnione na planie). „Cannibal Holocaust” nie jest obrazem, do którego chciałbym w przyszłości wracać, ale swoje piętno na całym gatunku odcisnął bez wątpienia.

1-manbites
„Człowiek pogryzł psa”. Szok i czarny, czarny humor

Człowiek pogryzł psa, reż. Rémy Belvaux, André Bonzel, Benoît Poelvoorde (1992)
Pamiętam, że po raz pierwszy widziałem ten film mniej więcej w tym samym czasie, co „Wściekłe psy” Quentina Tarantino. I zrobił na mnie podobnie duże wrażenie. Surowy mockument, którego bohaterem jest cyniczny zabójca Ben (Benoît Poelvoorde teraz jest gwiazdą frankofońskiego kina, ale wtedy dopiero debiutował) do dziś potrafi szokować sporą dawką przemocy, a jednocześnie zaskakiwać smoliście czarnym humorem.

Blair Witch Project, reż. Daniel Myrick, Eduardo Sánchez (1999)
To nie był pierwszy film found footage, ale z pewnością ten, któremu owa stylistyka zawdzięcza olbrzymią popularność. Dziś trudno w to uwierzyć, ale po premierze – przynajmniej w Stanach – ludzie na serio dyskutowali, czy materiał pokazany w filmie był prawdziwy czy nie. Dobrze przysłużyła się temu przemyślana kampania promocyjna, po raz pierwszy na dużą skalę prowadzona w internecie. „Blair Witch…” jako horror sprawdza się do dziś: pewnie dlatego, że skutecznie operuje napięciem i niedopowiedzeniami. Czego o kontynuacji filmu – swoją drogą zrealizowanej już w innej stylistyce, za to przez uznanego dokumentalistę Joe Berlingera – powiedzieć nie można.

Incydent w Loch Ness, reż. Zak Penn (2004)
Werner Herzog kręci dokument o potworze z Loch Ness, a w tym czasie inna ekipa realizuje dokument o Wernerze Herzogu, a wszystko jest oczywiście starannie wyreżyserowanym humbugiem. Film Zaka Penna – przede wszystkim scenarzysty, i to od filmów superbohaterskich – jest inteligentną grą nie tylko z konwencją mockumentu, ale i swoistym traktatem na temat kina dokumentalnego, tym ciekawszy, że w jakiś sposób firmowany przez Herzoga, który z kreacyjnym dokumentem miał w swojej karierze parę razy do czynienia.

"Ostatni egzorcyzm". Nie był, jak się okazało, ostatni, ale film niezły
„Ostatni egzorcyzm”. Nie był, jak się okazało, ostatni, ale film niezły

Ostatni egzorcyzm, reż. Daniel Stamm (2010)
Za wszelką cenę unikajcie filmów, w których found footage łączy się z tematem egzorcyzmów. Ale dla tego konkretnego tytułu zróbcie wyjątek. Historia egzorcysty, który dla ekipy telewizyjnej postanowił obnażyć tajniki „wypędzania zła” z opętanych, a potem musiał stanąć do walki z prawdziwym demonem, to kino zaskakująco inteligentne, zgrabnie wykorzystujące gatunkowe schematy. Sequel – co było do przewidzenia – jest oczywiście okropny.

Łowca trolli, reż. André Øvredal (2010)
No cóż, tytuł właściwie mówi o tym filmie wszystko: ekipa dokumentalistów śledzi poczynania weterana polowań na trolle. Ten prosty koncept norweski reżyser wykorzystuje do maksimum, łącząc elementy horroru z cierpkim poczuciem humoru, nordycką mitologią i dokumentem ekologicznym. Pomysłowe, świetnie zrealizowane, możemy tylko pozazdrościć, że parę lat temu nikt w Polsce nie wpadł na pomysł zrobienia podobnego filmu (ekipa filmowa mogłaby szukać, powiedzmy, dowodów na istnienie diabła Boruty albo południc albo strzyg, co wolicie), dziś to już by chyba nie przeszło.

Bogowie ulicy, reż. David Ayer (2012)
Kilka dni z życia gliniarzy z Los Angeles, gdy trzeba, bohaterskich, gdy potrzebują – uwikłanych w brudne interesy. Pozornie film, jakich wiele było, ale dzięki świetnym aktorom i precyzyjnej reżyserii Davida Ayera zdecydowanie wybija się ponad przeciętność. Found footage połączony tu został z tradycyjną kinematografią, choć – jak przyznawał reżyser w wywiadzie dla Collidera – pomysł ten pojawił się już w trakcie realizacji filmu. Początkowo „Bogowie ulicy” mieli być nakręceni w całości techniką „znalezionych taśm” (z kamer policyjnych i tych, którymi posługuje się bohater grany przez Jake’a Gyllenhaala). Szczerze mówiąc, nie miałbym nic przeciwko obejrzeniu takiej wersji.

The Conspiracy, reż. Christopher MacBride (2012)
Zaczyna się niczym zwyczajny dokument poświęcony teoriom spiskowym – powstało już takich mnóstwo – ale z czasem nie wszystko idzie po myśli filmowców, którzy najwyraźniej narazili się rządzącej światem sekretnej organizacji. Pomysłowy, zabawny, trzymający w napięciu mockument, który w żywe oczy kpi z najbardziej zwariowanych teorii spiskowych, choć jestem przekonany, że znalazło się paru widzów, dla których „The Conspiracy” było wyłącznie potwierdzeniem, że naprawdę naszym życiem kierują wszechwładni „oni”.

Kronika, reż. Josh Trank (2012)
Sukces debiutanckiej „Kroniki” sprawił, że Josh Trank awansował do hollywoodzkiej klasy średniej i dostał posadę przy realizacji nowej „Fantastycznej Czwórki”. Baty, jakie zebrał film od krytyków, sprawiły, że reżyser się od niego zdystansował, ciekawe więc, czy to oznacza, że już wkrótce będzie musiał wrócić do realizacji filmów niskobudżetowych. Może to dobry pomysł – „Kronika” to ciekawy zapis tego, co przypadkowo nabyta supermoc robi z ciałem i umysłem współczesnego nastolatka. Zapomnijcie o Peterze Parkerze: przeciętny dzieciak z problemami raczej nie zostanie superbohaterem…

The Sacrament, reż. Ti West (2013)
Większość filmów found footage to tandeta kręcona przez amatorów za marne grosze, ale gdy biorą się za to ludzie utalentowani, to wcale nie potrzebują wielkich budżetów. Za kamerą Ti West, jeden z najciekawszych młodych twórców kina grozy, przed kamerą m.in. Joe Swanberg, czyli współtwórca nurtu mumblecore, produkuje Eli Roth – którego ja akurat niespecjalnie cenię (chyba że za rolę w „Bękartach wojny”), ale dla horroru to jednak postać znacząca. I razem zrobili solidny, niezależny thriller inspirowany historią sekty Świątynia Ludu i masakrą w Jonestown.

"Projekt Monster". Film lepszy, niż jego polski tytuł
„Projekt Monster”. Film lepszy, niż jego polski tytuł

A jeśli zechcecie więcej, to jeszcze bonusowa piątka:
Projekt Monster, reż. Matt Reeves (2008) – gigantyczne potwory niszczą Manhattan, a reżyser Matt Reeves z sukcesem wkracza do świata kina fantastycznego (potem zrealizował solidny amerykański remake „Pozwól mi wejść” oraz kapitalną „Ewolucję Planety Małp”).
The Bay, reż. Barry Levinson (2012) – Barry Levinson może najlepsze lata ma za sobą, ale z horrorem utrzymanym w klimacie „Z archiwum X” (ale tych odcinków o potworach, a nie tych o kosmitach) poradził sobie nieźle.
Raport Europy, reż. Sebastián Cordero (2013) – relacja z pierwszej załogowej wyprawy na jeden z księżyców Jowisza. Solidne sf, które stawia na relacje między bohaterami, a nie na efekty specjalne. I w tym przypadku to komplement!
Willow Creek, reż. Bobcat Goldthwait (2013) – dwójka młodych ludzi na tropie Wielkiej Stopy: niby wiele razy to widzieliśmy, ale tu groza i humor są wymierzone w odpowiednich proporcjach. A jeśli pamiętacie reżysera tego filmu jedynie z roli niezrównoważonego Zeda w kilku częściach „Akademii policyjnej”, to macie sporo do nadrobienia!
Creep, reż. Patrick Brice (2014) – Brice i Mark Duplass (obaj jako aktorzy i scenarzyści) ostrzegają, by nie odpowiadać na ogłoszenia o pracę zamieszczone na Craigslist. Psychologiczny thriller wart uwagi.

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s