Tygrys, smok i miecz przeznaczenia

01tygrys
Michelle Yeoh tuż przed walką.

Długo zapowiadany – bo trudno powiedzieć, czy długo oczekiwany – sequel „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” to widowisko tyleż efektowne, co zbędne.

Jakieś piętnaście lat temu „Przyczajony tygrys…” wywołał chwilowy wzrost zainteresowania kinem wuxia i historycznymi superprodukcjami z Dalekiego Wschodu. Po jakimś czasie zachodnim widzom znużyły się baletowe pojedynki, stąpanie po wierzchołkach drzew i niebosiężne skoki godne Supermana, ale rzecz jasna kino wuxia ma się dobrze – tak jak się miało na wiele lat przed premierą filmu Anga Lee. Zrealizowany przez Netflix sequel „Przyczajonego tygrysa…” pewnie znów obudzi na chwilę zachodnią fascynację gatunkiem, dla wielu widzów, którzy wcześniej z kinem wuxia nie mieli do czynienia może być jednak zmyłką, zwłaszcza jeśli po tej widowiskowej, pełnej akcji uproszczonej fabule sięgną po trzygodzinną epopeję Kinga Hu „Dotyk zen” albo – żeby nie szukać tak daleko – pójdą do kina na kontemplacyjną (doskonałą, swoją drogą) „Zabójczynię” Hou Hsiao-hsiena.

„Crouching Tiger, Hidden Dragon: Sword of Destiny” (film nie ma, zdaje się, oficjalnego polskiego tytułu, na Netfliksie nie ma też polskich napisów) to bowiem wuxia w wersji mocno uproszczonej. Osią akcji jest próba zdobycia Zielonego Fatum, miecza dającego wielką siłę, tego samego, o który toczyła się awantura w pierwszej części. Broń pozostaje w rękach pana Tego, ale chrapkę ma na nią potężny a wredny Hades Dai (gra go Jason Scott Lee, którego możecie pamiętać z roli Bruce’a Lee w „Smoku” albo z niezłego „Rapa-Nui”, to jednak zamierzchłe czasy). Z pomocą panu Te przybywa – znana z pierwszej części – Yu Shu Lien (Michelle Yeoh), ale sama nie da rady wrogom, więc wzywa posiłki: Milczącego Wilka (Donnie Yen) i towarzyszącą mu ekipę śmiałków. To pobieżne streszczenie nie oddaje sprawiedliwości fabule filmu, ale nie zmienia to faktu, że historia opowiedziana w drugim „Przyczajonym tygrysie…” jest nie tylko banalna i przewidywalna, ale też skrojona wyraźnie pod gust – i percepcję – zachodnich widzów. To oczywiście nie musi być wada, choć po pierwszych pokazach w Hongkongu i Chinach widzowie raczej nie byli zachwyceni: narzekali na fabularną miałkość (choć to podobnie jak w przypadku pierwszej części luźna adaptacja tego samego materiału źródłowego, czyli powieści Wanga Dulu, klasyka literatury wuxia), podobieństwo do „Władcy Pierścieni” (ach, te nowozelandzkie krajobrazy) oraz to, że film został nakręcony w języku angielskim, a dopiero potem zdubbingowany. Na Netfliksie dostępne są obie wersje językowe, więc można oglądać „Przyczajonego…” po mandaryńsku dając sobie namiastkę autentyczności i łącząc ją z odrobiną perwersyjnej radości płynącej z oglądania filmu z niedopracowanym dubbingiem.

Azjatyccy widzowie mają w tym przypadku większe prawo do narzekania, ale trochę racji trzeba im przyznać. „Sword of Destiny” bywa efektowny (może zbyt często efekciarski – ale to akurat jest w jakiś sposób wpisane w naturę gatunku), wciągający, jest bardzo sprawnie zrealizowanym widowiskiem, ale nie kryje się za tym nic więcej. Żaden ze mnie spec od wuxia, ale w tych najważniejszych tytułach zawsze można odnaleźć coś więcej niż bajeczną choreografię walk i oszałamiające kostiumy. Nie jestem w stanie odczytać wszystkich (a być może większości) kulturowych, historycznych, mitologicznych czy filozoficznych tropów w filmach wuxia, więc może i tym razem umyka mi coś istotnego. Być może, ale fabuły, niezgrabnie polepionej z klisz kina akcji wymieszanych z melodramatem, to przecież nie ratuje. Nieprzekonująco wypadają tu i motyw zemsty, i historia miłosna, i moralne rozterki bohaterów.
Seans „Przyczajonego tygrysa…” nie boli przede wszystkim dzięki reżyserskiej sprawności Woo-Pinga Yuena. Weteran filmów sztuk walki, wybitny choreograf (to on pracował przy „Matriksie” i Tarantinowskim „Kill Bill”), twórca absolutnych klasyków gatunku („Pijany mistrz” z Jackiem Chanem!), wiedział, jak wykorzystać średniej jakości materiał. Bajeczne pojedynki i dynamiczne sceny bitewne są tu zrealizowane z mistrzowską precyzją i umiejętnie dozowanym napięciem. To, co dzieje się w międzyczasie, to już jednak zupełnie inna historia.

PS. A dla zainteresowanych: 10 najważniejszych filmów wuxia według BFI oraz bardzo ciekawy blog o kinie azjatyckim, także gatunkowym.

Crouching Tiger, Hidden Dragon: Sword of Destiny
USA, Chiny 2016 | reżyseria: Woo-Ping Yuen
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s