Rocky na zawsze w ringu

01creed
Michael B. Jordan i Sly jako Creed i Rocky

„Creed” nosi w Polsce podtytuł „Narodziny legendy”, ale prawdziwą legendą jest w tym filmie Rocky Balboa, którego już po raz siódmy zagrał Sylvester Stallone. W poniedziałek rano będziemy wiedzieli, czy dostał Oscara za rolę drugoplanową. Konkurencję ma silną, ale nie ukrywajmy: zasłużył na tę nagrodę. Trzymam kciuki.

W Stanach Zjednoczonych „Creed” wszedł na ekrany kin pod koniec ubiegłego roku, u nas – na początku stycznia (i pewnie tylko nieliczni widzowie mogą go jeszcze na wielkim ekranie obejrzeć), ale to nawet lepiej, bo rok 2016 jest dla serii o Rockym szczególny. W tym bowiem roku mija 40. rocznica premiery pierwszej części cyklu, a Sylvester Stallone – w co trochę trudno uwierzyć – obchodzić będzie 70. urodziny.
Jako Rocky Balboa po raz kolejny wraca do świata boksu – ale tym razem wyłącznie jako trener nieślubnego syna swojego dawnego rywala i przyjaciela Apollo Creeda, zabitego w ringu przez Iwana Drago. Adonis „Donnie” Creed swojego ojca nigdy nie poznał, ale mistrzowskie nazwisko mu ciąży: chce zrobić karierę samodzielnie, nie liczy na przywileje, porzuca wygodne życie i lukratywną posadę w firmie ubezpieczeniowej i wyjeżdża do Filadelfii, by pod okiem Rocky’ego szykować się do najważniejszego w dotychczasowej karierze pojedynku.

„Creed” to bardzo solidny dramat sportowy, zrealizowany według najlepszych reguł gatunku, z charyzmatycznym Michaelem B. Jordanem w roli głównej. Reżyserem i współscenarzystą filmu jest Ryan Coogler, nadzieja nowego afroamerykańskiego kina, twórca świetnego, niezależnego „Fruitvale”. Teraz załatwił sobie przepustkę na hollywoodzki szczyt: niedawno ogłoszono, że będzie reżyserował „Black Panther”, jeden z kolejnych filmów o marvelowskich superbohaterach. Ale być może „Creed” nie byłby tak godny uwagi, gdyby nie Rocky Balboa.
Coogler urodził się w 1986 roku – Stallone miał już za sobą realizację czterech części serii o bokserze, później miał zrealizować jeszcze dwie. Od tamtej pory historia Rocky’ego uległa popkulturowej mitologizacji, elementy poszczególnych filmów stopiły się ze sobą w pamięci widzów, tworząc swoisty film wyobrażony, w którym Sylvester Stallone walczy z Apollo Creedem w rytm przeboju „Eye of a Tiger”, a schody przed Filadelfijskim Muzeum Sztuk Pięknych urastają do niebosiężnych rozmiarów. W rzeczywistości utwór grupy Survivor (nominowany do Oscara!) pojawił się dopiero w trzeciej części serii, a schody liczą jedynie 72 stopnie, choć rzecz jasna stały się symbolem przeszkód, jakie każdy z nas musi pokonać w drodze do celu.

„Rocky” został sparodiowany na dziesiątki sposobów, do tego stopnia, że zapominamy często, jak dobrym filmem był oryginał. Stallone opowiedział w nim poniekąd o sobie samym, prostym chłopaku, który nie bardzo wie, co ze sobą zrobić, ale dostaje od losu szansę na wielką zmianę. Stallone’owi dał przepustkę do sławy i fortuny, przyniósł mu również nominacje do Oscara i Złotego Globu (za najlepszą rolę lecz także za najlepszy scenariusz oryginalny). Krytyk Roger Ebert uznał go wówczas za aktora, który mógłby stać się nowym Marlonem Brando. Stallone miał w sobie naturalną charyzmę, siłę, ale jednocześnie – mimo dość skromnego doświadczenia – był świadomy własnych aktorskich ograniczeń. Rolę Rocky’ego napisał dla siebie i długo musiał walczyć o to, by ją zagrać. Jego scenariusz spodobał się producentom, ale na ekranie woleliby zobaczyć kogoś bardziej rozpoznawalnego. Stawiali na Roberta Redforda albo Burta Reynoldsa, w końcu zgodzili się na Stallone’a, który ostatecznie stał się Rockym na całe życie.
Wiemy, co potem stało się z jego karierą: nie został nowym Brando, stał się za to ikoną kina akcji, seryjnie zbierał nominacje do Złotych Malin (dostał nawet statuetkę dla najgorszego aktora stulecia, co jednak wydaje mi się grubą przesadą), od czasu do czasu jedynie dowodząc, że jednak potrafi grać (jak w dramacie „Cop Land”). Cykl o „Rockym” był – być może podświadomym – odbiciem losów Stallone’a. Od dna (Sly przyznawał, że zagrał w softporno „Przyjęcie u Kitty i Studa”, bo alternatywą dla klepiącego biedę chłopaka było dołączenie do ulicznego gangu) na szczyt, po drodze były sukcesy i spektakularne porażki, owacje i gwizdy, przyjaciele i naciągacze, kłopoty finansowe i rodzinne. W serii o „Rockym” Stallone zdecydowanie opisywał nie tylko blaski i cienie życia profesjonalnego boksera (za co zresztą dostał po latach honorowe miejsce w Boxing Hall of Fame), lecz przede wszystkim pułapki czyhające na każdego, kto wywalczył swoje miejsce na szczycie. Owszem, czasami zawodził go scenopisarski i reżyserki instynkt: gdy w czwartej części walczył z Iwanem Drago niepotrzebnie angażując swojego bohatera w zimnowojenne utarczki (i moralizatorską przemowę, że lepiej by biło się dwóch ludzi, niż 20 milionów), lub gdy w „Rockym V” analizował rodzinne problemy boksera. Stallone sam zamienił swoje najważniejsze dzieło w karykaturę. Ale, o dziwo, potrafił to odkręcić, choć dopiero po 15 latach przerwy.
Gdy w 2006 roku kręcił szóstą część cyklu zatytułowaną „Rocky Balboa” miał za sobą kolejne bolesne upokorzenia, finansowe porażki i musiał zmierzyć się ze świadomością, że w Hollywood już dawno na jego miejscu pojawiły się inne gwiazdy. Ale paradoksalnie powrót do postaci Rocky’ego pozwolił mu znów odbić się od dna: Stallone jeszcze raz udowodnił, że ma do siebie dystans i że za wcześnie spisywano go na straty.
Ryan Coogler dał mu szansę na dopełnienie postaci Rocky’ego. I Sly daje z siebie wszystko, jako nieco zgorzkniały, zmęczony były bokser, który stracił wszystkich bliskich i ma w sobie coraz mniej woli życia, a jednak podniesie się z kolan jeszcze raz. Dzięki „Creedowi” kariera Stallone’a zatoczyła koło: dostał Złoty Glob i nominację do Nagrody Akademii, zaś kapituła przyznająca Złote Maliny nominowała go w kategorii Razzie Redeemer Award (w tym roku przyznawanej po raz drugi), dla twórców, którzy odkupili swoje filmowe winy udaną rolą lub filmem. Nikt na takie odkupienie nie zasłużył chyba bardziej niż Stallone.

Creed: Narodziny legendy
Creed | USA 2015 | reżyseria: Ryan Coogler
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

3 thoughts

    1. Prawda to. Inna sprawa, że ci od Złotych Malin szczególnie go nie lubią. Mało kto zagrał tyle słabych ról, co Stallone, ale za Cobrę (czy ostatnio np. Escape Plan) to mu się nominacja nie należała. A taki na przykład Jean Claude Van Damme dostał w karierze tylko dwie nominacje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s