#OscarsSoPredictable, czyli gdybym ja był Akademią

 

01oscary-chlopiec
„Chłopiec i świat”

Prawie wszyscy bawią się w typowanie, kto dostanie Oscara i dlaczego Leonardo DiCaprio, albo wymądrzają się, kto Oscara dostać powinien i dlaczego (nie) Leonardo DiCaprio. No to ja też wezmę w tej zabawie udział. A że udało mi się w tym roku zobaczyć prawie wszystkie nominowane filmy (poza krótkometrażowymi – ale większość z nich będzie można jeszcze obejrzeć na specjalnych kinowych pokazach – oraz „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”) to postanowiłem nie oceniać, kto ma szansę na nagrodę Akademii lub kto powinien ją dostać, ale zrobić listę moich wymarzonych odbiorców tegorocznych Oscarów w wybranych kategoriach.

Najlepszy scenariusz adaptowany:
Drew Goddard za „Marsjanina”. Materiał wyjściowy, czyli powieść Andy’ego Weira, był świetny, ale wbrew pozorom chyba niełatwo było przełożyć prozę złożoną głównie z dziennikowych zapisów marsjańskiego rozbitka na język kina. Goddard dość wiernie trzymając się litery oryginału napisał scenariusz trzymający w napięciu, wiarygodny naukowo i technicznie, a przecież zrozumiały dla przeciętnego widza, który z astronomią, chemią, fizyką i biologię jest raczej na bakier. A Ridley Scott i znakomicie obsadzeni aktorzy potrafili to wykorzystać.

01oscary-exmachina
„Ex Machina”

 

Najlepszy scenariusz oryginalny:
Alex Garland za „Ex Machina”. Oscar to nie nagroda za całokształt twórczości, ale w przypadku Garlanda muszę odwołać się do jego wcześniejszych dokonań, bo to jeden z najbardziej utalentowanych twórców współczesnego kina fantastycznego. Podobało mi się to, co zrobił we współpracy z Dannym Boyle’em („28 dni później”, „W stronę słońca”), potrafi radzić sobie z adaptacją zarówno ambitnej literatury („Nie opuszczaj mnie” według Kazuo Ishisguro) i komiksów („Dredd”). Nic więc dziwnego, że gdy postanowił zadebiutować jako reżyser, napisał sobie świetny scenariusz. Kameralna, rozgrywająca się między trójką aktorów opowieść, w której wątek fantastyczny jest równie ważny, co moralne dylematy nękające bohaterów.

Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny:
O, tu miałem problem, bowiem nie podobała mi się „Amy” (która jak sądzę jest faworytką rozdania), ale pozostałe cztery filmy zrobiły na mnie spore wrażenie. Ostatecznie jednak chciałbym, żeby Oscara dostał Joshua Oppenheimer za „Scenę ciszy”. Nie tylko dlatego, że nagroda należała mu się już za „Scenę zbrodni”, do której nowy film jest swoistym dopiskiem. Przede wszystkim dlatego, że to mocne, wstrząsające kino, odkrywające kawałek rzeczywistości, o której większość z nas ma blade lub zgoła żadne pojęcie. Odważny, bolesny, bezpardonowy dokument o współczesnej Indonezji, która ciągle żyje w cieniu dramatycznej przeszłości.

Najlepsze zdjęcia:
Serce podpowiada – Roger Deakins, bo za „Sicario” dostał już 13. nominację do Oscara, ale choć jest jednym z najwybitniejszych współczesnych operatorów filmowych, statuetki nie otrzymał jeszcze nigdy. Ale sorry, Roger, w tym roku wolałbym, żeby Akademia doceniła Emmanuela Lubezkiego. Wiem, to trzeci raz z rzędu i niekoniecznie uważam jego Oscara za „Grawitację” sprzed dwóch lat za zasłużonego. Ale już „Birdman” był majstersztykiem, a „Zjawa” to operatorska robota najwyższej półki. I nie chodzi mi wyłącznie o to, że zdjęcia powstawały w trudnych warunkach, na życzenie Iñárritu wyłącznie przy naturalnym oświetleniu, itp. To dowód technicznej sprawności Lubezkiego i jego pomagierów. Jego zasługa jest znacznie większa: w znacznej mierze to zdjęcia, kapitalnie budujące atmosferę zagrożenia i rozpaczy, zadecydowały o sukcesie „Zjawy”.

Najlepszy film nieanglojęzyczny:
Nie mam wątpliwości: „Syn Szawła” László Nemesa. Dawno nie widziałem filmu, który zrobiłby na mnie tak olbrzymie wrażenie – raport z samego środka obozowego piekła, oglądanego oczami członka Sonderkommando. Na pokazie prasowym tuż przede mną siedział Gaspar Noé (promował wtedy w Polsce „Love”), który nie mówi ani po węgiersku, ani po polsku. A po seansie wyglądał na mocno poruszonego. Bo „Syn Saula” taki jest: przemawia obrazami, trudną do zniesienia atmosferą, przygnębiającą od samego początku świadomością historycznego tła. Wielki film, choć oscarową konkurencję ma bardzo silną: świetny francuski „Mustang”, oniryczne kolumbijskie „W objęciach węża”, mocna duńska „Wojna” i jordański „Theeb” – to wszystko filmy bardzo, bardzo dobre i warte uwagi.
Na marginesie: nawet z filmów, które nie dostały nominacji, można złożyć przynajmniej jeszcze jedną bardzo mocną piątkę: „Zupełnie nowy testament”, „Widzę, widzę”, „Aferim!”, „Barany”, „Zabójczyni” – nagrodzenie któregokolwiek z tych filmów Oscarem nie byłoby wielkim zaskoczeniem.

01oscary-anomalisa
„Anomalisa”

 

Najlepszy pełnometrażowy film animowany:
Chyba najtrudniejsza kategoria z możliwych, bo i trudno właściwie porównać nominowane w niej filmy. Ale skoro to wymarzone (a nie przewidywane) Oscary, to w takim razie:
chciałbym, żeby Oscara dostał „Chłopiec i świat”, bo to niezwykła – zarówno pod względem formy, jak i treści – opowieść i genialna przeciwwaga dla trójwymiarowych superprodukcji, a na dodatek film, który uczy myślenia i to nie tylko dzieci
chciałbym, żeby Oscara dostała „Anomalisa”, bo to wybitny film i właściwie skandaliczne jest to, że nie walczy o statuetkę w kategorii filmu roku
chciałbym, żeby Oscara dostał „Baranek Shaun”, bo wszystko, co firmuje Aardman jest po prostu bardzo dobre
chciałbym, żeby Oscara dostała „Marnie. Przyjaciółka ze snów”, bo jak wszystko, co wychodzi ze studia Ghibli, to wartościowe, mądre i ładne kino, a na dodatek być może to ostatni film zrealizowany przez to studio
nie chciałbym, żeby Oscara dostało „W głowie się nie mieści”, ale jeśli dostanie, to nie będę marudził, bo to jednak Pixar w wysokiej formie.

Najlepszy aktor drugoplanowy:
Sylvester Stallone za „Creed”. Pisałem już o tym, powtarzać się nie będę. Zasłużył i tyle. Choć konkurencję ma mocną w tym roku, oj mocną.

Najlepsza aktorka drugoplanowa:
Jennifer Jason Leigh za „Nienawistną ósemkę”. Nie jestem fanem nowego filmu Quentina Tarantino, ale Leigh – podobnie jak pozostali aktorzy – gra tam wybornie. I trudno mi przy tym zapomnieć o tym, jak świetnie zdubbingowała bohaterkę „Anomalisy”.

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa:
Saoirse Ronan za „Brooklyn”. Dziewczyna ma olbrzymi talent – od czasu pierwszej oscarowej nominacji (za „Pokutę”) nie zagrała złej roli, nawet jeśli nie wszystkie filmy, w których się pojawiła, były udane. „Brooklyn” – wymagający, bowiem z pozoru postać grana przez Ronan niewiele robi – nie jest, jak sądzę, szczytem jej możliwości.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy:
Zatrzymajmy się na chwilę. Nie wierzę we wszelkiego rodzaju teorie spiskowe, ale na potrzeby tegorocznych Oscarów sam jedną uknułem: otóż wszystkie nominacje dla aktora w głównej roli zostały dobrane tak, żeby statuetkę zdobył Leonardo DiCaprio. Sami zobaczcie: Bryan Cranston w „Trumbo”: ciekawy, ale komiksowo przerysowany, przez cały film gra właściwie na jednej nucie. Matt Damon w „Marsjaninie” nie wychodzi poza własną – dość wysoką – średnią, ale to jednak konfekcja. Eddie Redmayne w „Dziewczynie z portretu” jest żenujący, a jego groteskową rolę dodatkowo psuje to, że towarzysząca mu Alicia Vikander gra świetnie. Michael Fassbender jako jedyny mógłby zagrozić DiCaprio, więc na wszelki wypadek został nominowany za „Steve’a Jobsa” (w którym był dobry), a nie za „Makbeta” (w którym był świetny). A gdzie nominacje poważne? Gdzie ulubieniec Akademii Tom Hanks? W innej sytuacji dostałby szansę za rolę w „Moście szpiegów”. Gdzie Idris Elba za „Beasts of No Nation” (i to nie dlatego, że #OscarsSoWhite, tylko dlatego, że to świetna rola)? Gdzie Michael Caine w „Młodości”? Gdzie – to moim zdaniem największe niedopatrzenie – wielki występ Gézy Röhriga w „Synu Szawła”? DiCaprio gra w „Zjawie” siłowo, z poświęceniem, ale to nie jest jego najciekawsza rola. Skoro nie dostał Oscara za „Wilka z Wall Street”, to nie powinien go dostać i teraz. A jednak chciałbym, żeby go dostał, choć przede wszystkim dlatego, że okropnie mnie już nudzą żarty na ten temat, a co roku przed rozdaniem Oscarów trudno od nich uciec. Niech weźmie, niech ma już spokój i znów gra wybitne role, bo cały czas go na takie stać.

01oscary-madmax
„Mad Max: Na drodze gniewu”

Najlepszy reżyser i najlepszy film:
Łączę te dwie kategorie w jedno, bo moimi faworytami są George Miller i „Mad Max: Na drodze gniewu”. To byłby niezły prztyczek w nos hollywoodzkiego mainstreamu (choć i „Mad Max” właściwie się do niego zalicza). Na liście kandydatów brakuje swoją drogą kilku tytułów: „Anomalisa”, „Carol” i „Sicario” to chyba najbardziej wyraziste przykłady. I żeby nie było nieporozumień: wiele z nominowanych filmów uważam za bardzo dobre. Wzruszył mnie „Brooklyn”, emocjonowały „Pokój” i „Marsjanin”, doceniam staroświecki urok i precyzję „Mostu szpiegów” – to wszystko filmy z najwyższej półki. Ale gdyby Oscara dostał „Mad Max” – dziki, nieokiełznany, napompowany adrenaliną, a jednocześnie wręcz feministyczny manifest siły, na dodatek podpisany przez takiego twórcę jak Miller – to by dopiero było wydarzenie.

 

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s