Hardcore Henry: Będę grał w grę

01henry
Wizualnie oszałamiający, ale niemal kompletnie pozbawiony ciekawego scenariusza „Hardcore Henry” nie okaże się – mam nadzieję – przyszłością kina akcji.

W całości nakręcony z pierwszoosobowej perspektywy film miał przypominać grę video i to zadanie spełnia w stu procentach. Szkoda tylko, że siedząc przed kinowym ekranem nie można samemu złapać za pada, bo patrzenie, jak gra ktoś inny, to jedna z najnudniejszych rozrywek świata. W przypadku „Hardcore Henry’ego” nie jest aż tak nudno, ale to brawurowo zaaranżowane, świetnie zrealizowane widowisko po pewnym czasie zaczyna jednak męczyć.
Małe zastrzeżenie: nie gram w gry komputerowe, od ładnych paru lat nie miałem z żadną do czynienia, choć co chwila obiecuję sobie, że „Wiedźmin” to już koniecznie, a że „Star Wars Battlefront” też, ale oczywiście nic z tego nigdy – z różnych przyczyn – nie wychodzi. Swoje jednak przed monitorem wysiedziałem, część czasu poświęcając na mniej lub bardziej brutalne FPS-y. Nie wiem, jak „Hardcore Henry’ego” odbierać będą zaawansowani gracze: wszak wiele gier oferuje dziś znacznie więcej od tego, co zobaczą w tym filmie. A przede wszystkim oferują jakiś scenariusz.
„Hardcore Henry” rzecz jasna zarys fabuły posiada: tytułowy bohater budzi się ze śpiączki, momentalnie dowiaduje się, że został wcześniej zmasakrowany i w zasadzie jest teraz cyborgiem, potem jego żonę porywa Bardzo Zły Psychopata, więc Henry, kierowany przez tajemniczego Jimmy’ego, rozpoczyna krwawą jatkę. Niczym w grze sprzed lat – podąża od punktu A do punktu B, po drodze ma do wykonania kolejne zadania, które polegają na zabijaniu zastępów najemników. Wreszcie finałowa masakra, pojedynek z bossem, game over, a jeśli przychody będą odpowiednio duże, to pewnie doczekamy się „Hardcore Henry’ego 2”.
Ironizuję, ale film Ilyi Naishullera potrafi zahipnotyzować. Nawet owa oldschoolowość fabuły da się wytłumaczyć, wszak „Hardcore Henry” nie ma rywalizować ze współczesnymi grami, ale jest raczej hołdem dla wszelkich „Counter Strike’ów”, „Far Cry” i niezliczonych innych tytułów. Technicznie jest zrealizowany bez zarzutu, ma kilka bardzo błyskotliwych scen, parę genialnie prostych rozwiązań (Henry nie ma wszczepionego modułu mowy, dzięki czemu nie zadaje pytań i musi słuchać poleceń – dokładnie tak jak gracz prowadzony w rozgrywce przez komputerową postać), zabójcze tempo, bywa też bardzo zabawny. No i jest, zgodnie z tytułem, hardcore’owy – brutalny i przegięty, krew się leje, koks się sypie, granaty fruwają we wszystkie strony. Tyle że przy tym wszystkim jest zaskakująco nieoryginalny. I nie chodzi mi wcale o gry video.

01henry1
Na jednym z forów internetowych ktoś zastanawiał się, czy technika FPP (first person perspective) będzie dla kina nowym trikiem, którym wszyscy się zachłysną, jak stylistyką „found footage”. Mocno w to wątpię, choć „Hardcore Henry” pewnie paru naśladowców znajdzie. Przede wszystkim już „found footage” jest swoistym FPP-em – tam co prawda patrzymy okiem kamery, tu mamy iluzję spoglądania na świat oczami bohatera. Ale nawet i ta technika już była wykorzystywana: sam Ilya Naishuller zdobył popularność kręcąc w ten sposób klipy dla swojego rockowego zespołu Biting Elbows („Bad Motherfucker” to właściwie taki „Hardcore Henry” w pigułce, tak samo brutalny i dynamiczny). Warto też przypomnieć, że Jonas Åkerlund zrealizował w pierwszej osobie klip do „Smack My Bitch Up” Prodigy prawie dwadzieścia (!) lat temu – na długo zanim ktokolwiek usłyszał o Naishullerze. I to był zaiste hardcore’owy teledysk, o takim poziomie kontrowersji to „Henry” może sobie tylko pomarzyć. Po FPP sięgało już także kino – najbardziej wyrazistym przykładem mogą być fragmenty „Dooma” Andrzeja Bartkowiaka. „Po raz pierwszy publiczność staje się bohaterem filmu”, entuzjazmował się grający główną rolę Karl Urban. Film był słaby, rzeczonej sceny nie wyłączając, ale przynajmniej prekursorski. Cała nowość „Hardcore Henry’ego” polega więc na tym, że tę technikę konsekwentnie zastosowano w pełnometrażowej fabule, nie wyłączając scen retrospektywnych.
Potrafię sobie jednak wyobrazić fajne zastosowania FPP w kinie. Wyobraźcie sobie oglądanie bitwy o Helmowy Jar oglądaną oczami Legolasa. Albo jakąś fajną bijatykę X-Menów widzianą z perspektywy któregoś z nudniejszych mutantów (dajmy na to Colossusa, żeby mógł obserwować koleżanki i kolegów obdarzonych fajniejszymi możliwościami). Kamery, którymi filmowano „Hardcore Henry’ego” są już stosowane w dokumentach sportowych, pewnie kwestią czasu jest realizacja w podobnej technice filmu porno (a może już taki jest, nie sprawdzałem) – w końcu chodzi o to, żeby dać widzowi poczucie, że to on przeżywa te wszystkie mniej lub bardziej niesamowite rzeczy. Być może któryś z niezależnych eksperymentatorów (bracia Duplassowie? Joe Swanberg?) skręci w ten sposób i w swoim stylu kawałek zwyczajnego, prozaicznego życia. Na razie możemy poczuć się jak cyborg szalejący po Moskwie i rozwalający kolejnych złoczyńców. Brak wspólnych z Henrym doświadczeń sprawia jednak, że trudno się tym na serio ekscytować.

Hardcore Henry
Rosja, USA 2016 | reżyseria: Ilya Naishuller
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s