„Dzień matki”. Nie ma powodu do radości

MD-06487.CR2

Wiele razy – także na tym blogu – zadawałem sobie pytanie, czy warto w ogóle zawracać sobie głowę złym kinem. I to nie tylko tym złym, które stało się kultowe – internet pełen jest specjalistów od Eda Wooda czy „Zabójczych ryjówek” – ale tymi nieznośnie błahymi, miałkimi filmopodobnymi produktami, które zbyt często trafiają na ekrany kin. Odpowiedzi na to pytanie nie znam, ale „Dzień matki” pewnie pominąłbym milczeniem, gdyby nie ciekawa próba marketingowego wykorzystania popularnego święta.

Popularnego, dodać należy, w Stanach Zjednoczonych: tam Dzień Matki, obchodzony w drugą niedzielę maja, jest jednym z najpopularniejszych świąt. Jasne, pod względem marketingowym pewnie ustępuje Bożemu Narodzeniu, może również walentynkom. Ale już restauratorzy zacierają co roku ręce: to podobno dzień, w którym aż 60 proc. Amerykanów planuje rodzinne wyjście do knajpy. Radykalnie rośnie sprzedaż kwiatów, biżuterii – popularne są zwłaszcza tzw. mother’s rings – oraz usług. Z roku na rok wydatki są coraz większe: w 2012 szacowano, że Amerykanie wydadzą na prezenty dla mam 18,6 miliarda dolarów. W 2015 roku było to już blisko 21 mld, z czego 10 proc. idzie na same kwiaty. A na dodatek w Stanach mają Świątynię Międzynarodowego Dnia Matki, więc wiecie, to już naprawdę poważna sprawa.
No więc biznes się kręci i trzeba zrobić wszystko, żeby kręcić się nie przestał. Film Garry’ego Marshalla – który w swoich najlepszych latach dał światu całkiem sympatyczne rzeczy, jak „Pretty Woman” czy „Frankie i Johnny” – z jednej strony wykorzystuje popularność Dnia Matki, z drugiej – dodatkowo ją nakręca. Patrzcie, mówi, jak świętują tacy fajni ludzie: Jennifer Aniston, Jason Sudeikis, Julia Roberts. Wy też tak powinniście!

Do komercjalizacji świąt wszelakich zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić i szczerze mówiąc, kompletnie mi ona nie przeszkadza. Nie irytują mnie patrzące z każdej wystawy Mikołaje w listopadzie i grudniu, nie przeszkadzają mi serduszka w lutym, wręcz jestem ciekaw, jak wizualnie ogrywają Amerykanie Dzień Matki. Zdecydowanie bardziej przeszkadza mi, że ową tradycję firmują tak nieudolnym filmem. Garry Marshall od pewnego czasu realizuje filmy „na okazje” – ostatnie tytuły w jego dorobku to „Walentynki” oraz „Sylwester w Nowym Jorku” – ale „Dniem Matki” dotarł do dna i grzebie w mule. Z wielowątkowego, kompletnie pozbawionego oryginalności scenariusza nie jest w stanie wycisnąć nic, co przykułoby uwagę lub wywołało jakiekolwiek emocje.
Opowieść – pracowało nad nią czworo scenarzystów bez znaczącego dorobku – zbudowana jest z samych familijnych klisz. Mamy więc wdowca wychowującego samotnie dwie córki. Rozwiedzioną parę, która nie zawsze potrafi podzielić się opieką nad dziećmi. Dziewczynę, która nie chce wyjść za mąż za swojego chłopaka, bo w niemowlęctwie porzuciła ją matka. No i dwie siostry, które wyprowadziły się byle dalej od rodziców – to znaczące, bo owi rodzice to teksaskie rednecki, zaś jedna z ich córek jest lesbijką, a druga wyszła za Hindusa, konflikt więc jest nieunikniony. Nie trzeba Sherlocka Holmesa, by przewidzieć, jak to się skończy, kto z kim się będzie spotykał, kto się w kim zakocha, kto komu przebaczy. Zużyte schematy idą tu w parze z równie zużytymi dowcipami: w końcu nie ma nic zabawniejszego niż karzeł o ksywie Shorty. Wymuszonym chichotom towarzyszą oczywiście momenty łzawo-nostalgiczne, ale i one sprawiają wrażenie napisanych według bardzo słabego (i bardzo starego) poradnika scenarzysty.
Owszem, jest między Jennifer Aniston a Jasonem Sudeikisem jakaś chemia, pojawia się nawet parę udanych dowcipów, ale całość jest jednak tak niespójna, nieznośnie kiczowata i pozbawiona wdzięku, że zabranie matki do kina może być odebrane jako antyprezent. Swój malutki kamyczek dorzucił polski dystrybutor oferując tandetny tagline „Każda matka jest boska”. Doprawdy, tylko jeden gorszy przychodzi mi do głowy: „Matka! Jest tylko jedna!”. Ale nie pasował, bo czasami matki są dwie.

Dzień matki
Mother’s Day | USA 2016 | reżyseria: Garry Marshall
★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

2 thoughts

  1. To, oczywiście, nie jest żadna wykładnia, ale jedyny dobry film, w którym widziałem Jennifer Aniston, to Bruce Almighty. Uwaga na marginesie, niczego nie sugeruję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s