„The Crown”. Smutne życie Elżbiety II

01_thecrown03-alex-bailey-netflix
Claire Foy jako Elżbieta II. Fot. Alex Bailey/Netflix

Nowy serial Netflixa to fascynujące spojrzenie za kulisy Buckingham Palace.

Tak długo zabierałem się do napisania tego tekstu, że w międzyczasie wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych wygrał Donald Trump. I jedną z nielicznych dobrych wiadomości z tym związanych jest nieuchronna reakcja filmowców. Próba zajrzenia za kulisy Białego Domu rządzonego przez Trumpa, opisania i zrozumienia tego, co dzieje się w głowie ekscentrycznego polityka, może przynieść ciekawe rezultaty (o ile zostanie potraktowana serio, śmieszkowanie, jak już wiemy, nie dało efektu). Na razie co prawda nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł opisać rządy Trumpa lepiej niż – cokolwiek proroczo i metaforycznie – zrobili to twórcy „House of Cards”, „Gry o tron” czy „Rodziny Soprano”, ale poczekamy, zobaczymy. Na razie muszą nam wystarczyć dwie najmocniejsze premiery serialowe tej jesieni: na Netfliksie „The Crown”, na HBO „Młody papież”.

Wbrew pozorom obie opowieści mają ze sobą sporo wspólnego (a odrobinę także ze zwycięstwem Trumpa). Przede wszystkim pokazują świat widziany oczami suwerena, który – w obu przypadkach dość dla siebie nieoczekiwanie – otrzymuje władzę absolutną, lub raczej należałoby powiedzieć, tej władzy pozory. W wybitnym serialu Paolo Sorrentino papież Pius XIII od początku zaczyna wprowadzać własne reguły (dokąd go to zaprowadzi, trudno jeszcze powiedzieć). W „The Crown” – młodziutka Elżbieta II obejmuje tron po śmierci Jerzego VI i na dobrą sprawę dopiero zaczyna się uczyć, jakim ciężarem jest władza. Na marginesie: spośród wszystkich niedawnych ekranowych królów Jerzych (Colin Firth w „Jak zostać królem”, Rupert Everett w „Randce z królową”, Iain Glen we „W czasie burzy”) grający monarchę w „The Crown” Jared Harris wydaje mi się najlepszy.

Serial to dzieło Petera Morgana, scenarzysty wszystkich odcinków i specjalisty od ekranowej analizy stosunków panujących w rodzinie królewskiej. Tak jak Julian Fellowes zrobił karierę na opisywaniu schyłku brytyjskiej arystokracji (osobliwie z punktu widzenia służby, jak w „Godsford Park” czy „Downton Abbey”), tak Morgan wnikliwie przygląda się panowaniu Elżbiety II. Począwszy od „Królowej” – która była jednocześnie środkową częścią filmowej trylogii o Tonym Blairze – poprzez spektakl „The Audience”, opisujący spotkania monarchini (podobnie jak w filmie grała ją wybornie Helen Mirren) z kolejnymi premierami Wielkiej Brytanii, po „The Crown” właśnie, projekt zakrojony na wielką skalę: jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, serial będzie liczył sześć sezonów i ma opisać całość panowania Elżbiety II. Ambitny plan.

Morgan nie jest ani apologetą Windsorów, ani ich zaciekłym krytykiem. Ale postrzega monarchię jako relikt przeszłości

Morgan umiejętnie buduje kolejne epizody wokół konkretnych – choć nie zawsze znaczących – wydarzeń: wielkiego smogu londyńskiego, królewskiej koronacji czy wyczerpującej podróży królowej do dawnych brytyjskich kolonii. Bardzo uważnie obserwuje przy tym, jak tron zmienia Elżbietę i jak wpływa na życie jej bliskich. Jak rujnuje ambicje księcia Filipa, jak protokolarne wymogi miażdżą uczuciowe życie księżniczki Małgorzaty, jak każdy – nie wyłączając samej Elżbiety – próbuje choć na chwilę uciec od królestwa. Scenarzysta zachowuje przy tym do rodziny królewskiej zdrowy dystans. Nie jest ani apologetą Windsorów, ani ich zaciekłym krytykiem. Ale nie ulega wątpliwości, że postrzega monarchię jako swoisty relikt przeszłości, na dodatek nie nadążający za zmieniającymi się czasami. Elżbieta przejęła bowiem tron w momencie, w którym z dawnego imperium niewiele już zostało. Świat powoli podnosił się z wojennej zawieruchy, ale jednocześnie paraliżowała go coraz bardziej napięta sytuacja polityczna. Gwałtownie zmieniały się realia i obyczajowość, ale brytyjski dwór wydaje się od rzeczywistości mocno odklejony. Nieprzypadkowo „zwykli obywatele” są tutaj statystami. Poza rodziną królewską znaczące role odgrywają wyłącznie wysoko postawieni dworzanie albo politycy. Tracimy z oczu ludzi, tak jak traci ich suweren, który choćby chciał, nie może się za bardzo do nich zbliżyć, bowiem z boskiego nadania ma władać i promieniować na nich swoim majestatem. I tylko czasami ktoś – jak książę Filip – dostrzeże, że władza powinna być bliżej ludu (w serialu to on naciska na telewizyjną transmisję koronacji Elżbiety – w 1953 roku było to oczywiście wydarzenie bez precedensu), ale ostatecznie niewiele z tego wynika. Morgan zresztą kapitalnie ogrywa wzrost publicznego zainteresowania prywatnym życiem rodziny królewskiej: często wraca tu miłość Edwarda VIII i Wallis Simpson (który przecież przed wojną kosztował króla tron), ważnym elementem jest romans księżniczki Małgorzaty i kapitana Petera Townsenda, pilnie relacjonowany nie tylko przez brukowe media.

Zrealizowany z niebywałym rozmachem serial ma swoje lepsze i słabsze momenty, ale bez wątpienia jego siłą jest doskonała Claire Foy w roli Elżbiety II. Z pełnej energii młodej kobiety powoli zmienia się w utrudzoną nowymi obowiązkami monarchinię. I to świadomą tego, że od roli, którą przypisało jej życie, nie ma ucieczki. Że władza wymaga poświęcenia, a ceną, jaką trzeba zapłacić, jest między innymi utrata zaufania najbliższych. Ciekawe, jak Peter Morgan poprowadzi swoją opowieść w kolejnych sezonach: pierwszy kończy się w 1955 roku. Po trzech latach na tronie Elżbieta II sprawia wrażenie kobiety, kto może i należy do najpotężniejszych władców na świecie, ale wydaje jej się, że już przegrała życie.

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s