„Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Bestiariusz magiczny

FANTASTIC BEASTS AND WHERE TO FIND THEM
Eddie Redmayne i Katherine Waterston. Fot. Warner

Marketingowy majstersztyk, a jednocześnie bardzo udane widowisko.

Miło wrócić do świata znanego z „Harry’ego Pottera” – nawet jeśli samego Pottera tam nie ma, a znajome miejsca (Hogwart) i postaci (Dumbledore) są najwyżej zdawkowo wspominane. Akcja filmu toczy się w latach 20. w Nowym Jorku, do którego przybywa nieco roztargniony czarodziej Newt Scamander (Eddie Redmayne), badający magiczne gatunki zwierząt – niektóre z nich mogłyby się śmiało znaleźć na kartach Borgesowskiej „Zoologii fantastycznej”. Przyjeżdża, by kupić jakiś rzadki okaz, a przy okazji nielegalnie przemyca do Stanów kilka innych stworzeń. Choć może słowo „przemyca” nie jest najszczęśliwsze: w walizce Scamandera mieści się całe prywatne zoo, Newt więc nie tyle przywozi magiczne bestie, co całe swoje miejsce pracy. Mniejsza o szczegóły: ważniejsze jest to, że owa menażeria z walizki ucieka, rozpełza się po ulicach Nowego Jorku, a Newt musi nad tym wszystkim jakoś zapanować – z pomocą przypadkowego mugola (polskiego piekarza!) i dwóch sióstr czarodziejek. A w tle dzieje się jeszcze więcej: w mieście pojawia się tajemnicza istota atakująca ludzi, wzmaga swoją działalność sekta domagająca się ujawnienia – i delegalizacji – czarownictwa, a świat obiegają plotki o działalności Gellerta Grindelwalda, czarodzieja tak wrednego, że na liście najgorszych prześcignął go dopiero Voldemort.

Podobnie jak w pierwszych częściach „Harry’ego Pottera”, do pozornie lekkiej fabuły powoli wkradają się mroczne tony, sugerujące, że kolejne części będą mniej beztroskie, a bardziej posępne.

Dzieje się tu dużo, dzieje się bogato, a jednocześnie scenariusz „Fantastycznych zwierząt…” wydaje się zbytnio uproszczony. Przypomina osadzoną w świecie Harry’ego Pottera wariację na temat Pokemonów: złap je wszystkie. Ale na nic więcej specjalnie nie mogę narzekać, zresztą nie mogło być chyba inaczej, w końcu film Davida Yatesa to dopiero ekspozycja, preludium do tego, co nastąpi w kolejnych czterech (!) planowanych filmach. I to jest dopiero genialne marketingowe posunięcie: „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” to książeczka – żart. Najpierw została wymieniona w pierwszym tomie „Harry’ego Pottera” jako podręcznik uczniów Hogwartu, później J.K. Rowling napisała ją dla najwierniejszych fanów cyklu. Teraz ten skromny tomik posłużył jako inspiracja dla pięcioczęściowej sagi. I pomyśleć, że z siedmiu tomów „Harry’ego Pottera” udało się ukręcić zaledwie osiem filmów (choć, jak sądzę, w jakiejś jeszcze nieokreślonej przyszłości – może, gdy zestarzeją się nieco aktorzy – doczekamy się również filmowej adaptacji „Przeklętego dziecka”. Inna sprawa, że – UWAGA, SPOILER – nie wyobrażam sobie filmowego Snape’a zagranego przez kogoś innego niż Alan Rickman).

Jednak żarty na bok: scenariusz autorstwa samej Rowling jest dziełem autonomicznym, inspirowanym tyleż „Fantastycznymi zwierzętami…”, ile opowiadaniami i tekstami, które brytyjska pisarka publikuje w internecie. I nawet jeśli jest schematyczny i chwilami dość przewidywalny, to mimo wszystko stanowi interesujące uzupełnienie uniwersum magów. Kapitalnie ograne są różnice między czarodziejami z Ameryki i ze Starego Kontynentu (twórcy serii powinni swoją drogą odwiedzić cały magiczny świat), nowojorskie realia lat 20. wykorzystane umiejętnie, humor i napięcie dawkowane w odpowiednich proporcjach. Newt Scamander ze swoją nieodłączną walizką budzi odległe – ale bardzo sympatyczne – skojarzenia z Dwukwiatem, turystą ze Świata Dysku z Pratchettowskiego „Koloru magii”. I wreszcie, podobnie jak w pierwszych częściach „Harry’ego Pottera”, do pozornie lekkiej fabuły powoli wkradają się mroczne tony, sugerujące, że kolejne części będą mniej beztroskie, a bardziej posępne.

Nigdy nie byłem zagorzałym potteromaniakiem, więc dyskusję, czy „Fantastyczne zwierzęta…” wprowadzają jakieś zmiany do kanonu zostawiam innym (warto na pewno przeczytać tekst Anny Leszkiewicz z „New Statesman”). Ale mimo pewnych zastrzeżeń, film Davida Yatesa kupuję w całości. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to próba – wszystko wskazuje na to, że skuteczna – dalszego monetyzowania popularności Harry’ego Pottera. Wszak chodzi nie tylko o wpływy ze sprzedaży biletów, lecz również o gadżety, wznowienia książek, dziesiątki innych atrakcji związanych z serią. Potteromania nigdy na dobre nie wygasła, ale nadszedł czas, by ją znów podsycić. Premiera – teatralna i książkowa – „Przeklętego dziecka” zrobiła swoje, „Fantastyczne zwierzęta…” zapewnią wykreowanemu przez Rowling światu paliwa na kolejnych kilka lat. O ile ciąg dalszy utrzyma choćby ten poziom, to nie mam nic przeciwko.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć
Fantastic Beasts and Where to Find Them | USA 2016 | reżyseria: David Yates
★★★★★★

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s