Prosty film o punk rocku

1londontown

„London Town” nie jest udanym filmem. Ale nie potrafię go nie polubić

Jeśli będziemy analizować film Derricka Borte’a na zimno, to znajdziemy w nim sporo wad. Kulejącą fabułę, powtarzalność schematów, ewidentne budżetowe dziury, łatane zresztą niezbyt umiejętnie. To wszystko prawda. Parafrazując jednak prezesa Ochódzkiego, rozchodzi się jednak o to, żeby te minusy nie przesłoniły wam plusów. Więc tak: „London Town” nie zapisze się na stałe w historii kina. Ale przynajmniej ja – i spodziewam się, że znalazłby się niejeden widz w podobnej sytuacji – zapamiętam go na długo. Fabuła tego filmu to bowiem projekcja fantazji mojego czternastoletniego ja.

Film, którego akcja toczy się w 1977 roku, krótko po premierze debiutanckiej płyty The Clash, nie ma ambicji, żeby opowiedzieć o kulturowej rewolucji ani o Joe’em Strummerze – jednej z najważniejszych postaci sceny punkowej, na dodatek ponad tę scenę niczym intelektualny gigant wyrastającej. Cieniutki scenariusz „London Town” takiego ciężaru nie byłby w stanie udźwignąć. Na szczęście nawet nie próbuje: to raczej przeznaczona dla nastolatków – rówieśników głównego bohatera – baśń z punkowym sznytem. I świetną muzyką.

Joe Strummer – bardzo fajnie zagrany przez Jonathan Rhysa-Meyersa (i wiem, że chciałbym zobaczyć tego aktora w porządnej biografii The Clash) – nie jest tu ikoną muzycznej rewolty, a raczej kimś w rodzaju robotniczego superbohatera. Przynajmniej w oczach dorastającego Shaya, który poznaje The Clash najpierw dzięki kasecie otrzymanej od mieszkającej w zrujnowanym squacie matki, później dzięki poznanej w podmiejskim pociągu uroczej Vivian (nieco wystylizowanej na Vivian Westwood). Shay ma wiele problemów: jego ojciec, sprzedawca fortepianów, dorabiający po godzinach jako taksówkarz, miał poważny wypadek, więc to na chłopaka spada obowiązek utrzymania domu i opieki nad młodszą siostrą. Ale jak sobie z tym dać radę, skoro niedaleki Londyn kusi punkowymi koncertami i wolnością – nawet jeśli to wolność poniekąd wyobrażona?

Podczas seansu „London Town” ciągle się budził we mnie ten zafascynowany punk rockiem czternastolatek, który dałby wszystko, żeby przeżyć choćby część tego, co bohater filmu

Shay jakoś tam sobie radzi – kto ciekaw, ten zobaczy jak. Choć scenariusz ciągle balansuje na granicy prawdopodobieństwa i groteski, ja nie potrafiłem się tym irytować. W znacznej mierze ze względu na jego baśniową strukturę: wszak to stary, sprawdzony schemat, w którym młody bohater ma do wykonania Ważne Zadanie i musi pokonać Zło, ale dzięki temu zdobędzie rękę Księżniczki. Tyle że Złem są policja i bojówki National Front, a Księżniczką – córka konserwatywnego polityka. Ale ważniejsze było dla mnie to, że podczas seansu „London Town” ciągle się budził we mnie ten zafascynowany punk rockiem czternastolatek, który dałby wszystko, żeby przeżyć choćby część tego, co Shay. Znaczy tę lepszą część: pójść na koncert z dziewczyną, spotkać swojego idola, uratować rodzinę, generalnie udowodnić całemu światu, że jest się mężczyzną (choć z maczystowskiego mitu Borte sobie tu delikatnie kpi), a na sam koniec – UWAGA, SPOILER – zorganizować koncert The Clash na swojej dzielni.

Zgoda, wszystko to naiwne, prościutkie, nawet nie próbuje uchwycić ducha schyłkowych lat 70. w Wielkiej Brytanii. Bardzo wyidealizowany obrazek. Ale od razu po filmie pomyślałem: szkoda, że Polsce nikt się o taki scenariusz nie pokusił. Najbliżej był pewnie Jacek Borcuch ze „Wszystko, co kocham”, ale to jednak była sentymentalna wyprawa w przeszłość przeznaczona raczej dla rówieśników reżysera, a nie bohaterów filmu. Tymczasem „London Town” – przy wszystkich swoich niedoskonałościach i przyciężkiej chwilami deklaratywności – wydaje mi się idealnie przykrojony na dzisiejsze czasy i przydałby się również u nas. Jakub Dymek pisał niedawno w Krytyce Politycznej o skrajnie prawicowych poglądach współczesnej polskiej młodzieży. Zamieńmy zatem The Clash na, powiedzmy, Brygadę Kryzys. Londyn na Warszawę. Koniec lat 70. na ciężkie lata 80. Zróbmy z tego nie lekcję historii, ale przyzwoitości: że są w życiu nadrzędne wartości, takie jak tolerancja, solidarność, równość; że bunt przeciwko nieprawościom jest słuszny; że faszystom trzeba dawać odpór. „Pobiłem skinheada dwa razy większego od ciebie”, mówi Shay, poniżając szkolnego tyrana, który do tej pory straszliwie go dręczył.
Jak miałbym nie lubić tego filmu?

London Town
Wielka Brytania, USA 2016 | reżyseria: Derrick Borte | dystrybucja DVD: Kino Świat

Reklamy

Autor: Jakub Demianczuk

Dziennikarz, krytyk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s